Literacko i fotograficznie. Wcześniej: w kąciku z książkami ...
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Teraz czytam:
O mnie
Ulubione blogi książkowe
Wyzwania czytelnicze:
Polecam:
(c) Copyright. Wszelkie prawa do tekstów i zdjęć zastrzeżone.

migawki z podróży

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Choć wiem, wiem, że wstyd, bo Nowy Rok mamy już prawie od miesiąca!

Akapity, z powodu mojej nieobecności w ostatnim czasie, stały się blogiem dla cierpliwych, nad czym bardzo ubolewam. Ale już najwyższy czas przestać się rozmieniać na drobne i użalać nad sobą, najwyższy czas rozpocząć 2010 rok na tych stronach.

Rok przywitałam w stolicy Czech, mieście pięknym i magicznym, ale mimo to styczeń postawił mnie przed trudnymi zdarzeniami, wobec których w najbliższych miesiącach będę zmuszona przemyśleć i przeprojektować swoje życie w kilku aspektach. Powoli się oswajam z tą myślą, nastrajam na pisanie i nadrabianie zaległości.

W międzyczasie jednak zabieram Was do Pragi, Pragi, która w ciągu kilku dni pobytu zmieniała się z jesiennej i deszczowej w śnieżnobiałą. Pragi bez zbyt wielu fajerwerków, gdyż nie o świętowanie chodziło (przynajmniej nie tylko;) ), a o zobaczenie miasta wreszcie! To było typowe do trzech razy sztuka. Za trzecim podejściem się udało :)

Oto efekty... W roli głównej Pražský hrad, Wełtawa z jej licznymi mostami, oraz widoki z zamku.

W kolejnych podróżniczo-fotograficznych odcinkach zabiorę was na praskie Stare Miasto i wzgórze Wyszehrad, a także wywiążę się ze złożonej jakiś czas temu obietnicy zdania relacji z listopadowej wyprawy po resztki słońca... Liczę na towarzystwo :)

czwartek, 15 października 2009

Paradoksalnie napisane w samym środku kalendarzowej jesieni, która właśnie sypnęła śniegiem... Zima w tym roku postanowiła zaskoczyć wszystkich, nie tylko drogowców ;) I niby mówili coś o opadach, ale w życiu nie pomyślałabym, że w połowie października przyjdzie mi się przedzierać do domu przez zaspy nieomal do kolan!! Paranoja jakaś! Gdzie jest piękna polska złota jesień?? Ja protestuję, mówię kategoryczne NIE! Proszę nam oddać kolorowe szurające liście i słoneczko! Dobra, słoneczka trochę oddam sobie sama, i Wam też:)

Wróćmy więc do lata... Mamy 12 sierpnia 2009, jesteśmy w Austrii, za nami już Wiedeń i Salzburg, o którym pisałam TUTAJ, czas zapuścić się w Alpy :) Lądujemy w niewielkim Zell am See, uroczym miasteczku nad jeziorem wśród gór, będącym ważnym ośrodkiem sportów zimowych.

Pobudka o nieludzkiej porze i śniadanie planowane na 06:30 brzmiało jak makabreska, ale gdy poranek wita człowieka takim widokiem oczy otwierają się same :)

Góra przed nami to lodowiec Kitzsteinhorn (3203 m n.p.m.), nasz dzisiejszy cel. Po spacerze nad osnutym jeszcze poranną mgłą jeziorem Zeller See przemieszczamy się do leżącego nieopodal Kaprun, pakujemy się w kolejkę (a raczej system kolejek) i ruszamy w górę.

Brzmi prosto, ale pytań w głowie cała masa. Nigdy nie byłam aż tak wysoko, nie wiem jak się zachowa organizm, obawiam się skoków ciśnienia czy chociażby zatkanych uszu. Ale jestem tu, kupiłam bilet i nie ma odwrotu! Poza tym stracić taką okazję byłby szczytem głupoty ;)

Pierwszy wagonik (widoczny jako mały niebieski punkt na zdjęciu) dostarcza nas w kilkanaście minut na wysokość 1976 m. Widać jeszcze niewiele, wokół zielono, okoliczne góry zalesione. Bez zbędnego rozdrabniania się jedziemy dalej. Drugi postój to wysokość 2452 m. Ktoś, kto nie zaniemówi na ten widok musiał widzieć już wszystko. Ja zaniemówiłam...

Nie chce się wierzyć, że można jeszcze wyżej, że może być jeszcze piękniej! Ostatnia stacja kolejki znajduje się na 3029 m n.p.m. Dotarłam i ... zobaczcie sami!

Na dole ponad 20 stopni, pogoda na krótki rękawek, ale na górze zdarzyć może się wszystko, a w ciągu ok. 40 minut, które zajmuje wyjazd, pogoda może się zmienić o 180 stopni. Szczęście dopisało :) Bez polara wybierać się nie polecam, nam przydały się jeszcze wiatrówki, ale i okulary przeciwsłoneczne. Deszcz nie padał, śnieg nie sypał, chociaż oczywiście leżał na stoku ciesząc narciarzy, którzy mogą szusować na lodowcu 365 dni w roku. Było ich zresztą niemało i pozostawiali po sobie ślady w postaci solidnie porysowanych nartami szyb wagoników. Jedyną niedogodnością okazał wiatr, który powodował stały ruch chmur i na bieżąco zmieniał widoczność. Przewiało nas na siódmą stronę, a łapki marzyły o rękawiczkach zmęczone moją zachłannością na niezliczoną ilość zdjęć :) Ale dla takich atrakcji zniosłabym i wiele więcej :)

Dzień był mega intensywny a wrażeń ciągle mało ;) Pokonujemy kolejne kilkadziesiąt kilometrów by dotrzeć do Krimml. Miasteczko położone jest na 1076 m n.p.m., szlak prowadzi nas do góry, na 1470 m, skąd rzeka Krimml spada w dół trzema kaskadami na łącznej wysokości 380 metrów. Wszystko razem czyni wodospady najwyższymi w Europie i plasuje je w pierwszej dziesiątce najwyższych wodospadów świata. Dotrzeć można do startu górnego wodospadu, co, jak mówią przewodniki, powinno zająć około 2 godzin. Ale prawda jest taka, że jak się chce zatrzymywać na prawie każdym tarasie widokowym i chłonąć niezwykłości ukazujące się przed oczami, to dotarcie w takim czasie jest kompletnie nierealne ;)

Wodospady spadają w dół z ogromną siłą spienionej wody, która tylko niekiedy na moment między kaskadami ukazuje swój niezwykły kolor w odcieniach jasnego turkusu i seledynu. Siła wody połączona ze zbytnią ciekawością daje rezultat w postaci mokrej głowy ;) A i aparat trzeba ratować w wielu miejscach ;) Za to w nagrodę można zobaczyć niezwykłe efekty połączenia unoszących się kropelek z padającymi promieniami słońca, którego mieliśmy w tym dniu pod dostatkiem :) Takiej ilości tęcz mniejszych i większych w jednym miejscu nigdy wcześniej nie miałam okazji oglądać!

Polecam gorąco zobaczenie przedstawionych miejsc na własne oczy. A jeśli ktoś z was ma ochotę na większą ilość zdjęć z mojej wyprawy, to zapraszam do obejrzenia galerii :)

  • Zell am See
  • Lodowiec Kitzsteinhorn
  • Wodospady Krimml
sobota, 05 września 2009

Wielu z Was pewnie zaskoczy, to, co napiszę na początku ... Wiedeń mnie nie zachwycił. Czy sprawił to ogrom miasta, niesamowite tłumy biegających i rozkrzyczanych turystów, czy nieznośny upał, który mocno utrudniał złapanie oddechu wśród tłumu, ale Wiedeń mnie zmęczył. A kto wie, może w innym czasie i przy nastawieniu tylko na stolicę Austrii moja opinia miałaby szansę wyglądać inaczej? Nie przywiązuję się więc do wspomnianego wrażenia, i liczę, że kiedyś pojawi się szansa, by je zmienić.

Za to Salzburg, hmm ... :)

Salzburg przywitał nas deszczem. Po wiedeńskim ukropie, wizja orzeźwienia bynajmniej nie była straszna, ale natura postanowiła sobie z nas zakpić, ochoczo wylewając wodę z nieba pełnymi wiadrami, tak iż drogi Salzburga płynęły niczym małe rzeki; by potem znienacka obłaskawić nas słońcem zza chmur na prawie cały czas zwiedzania miasta.

Pierwszy zapierający dech w piersiach widok, ukazał się już po zrobieniu kilku kroków. Nagle znaleźliśmy się w Ogrodach Mirabell, w otoczeniu posągów i fontann, wśród idealnie przyciętych żywopłotów i trawników pokrytych dokładnie zaplanowanymi kompozycjami kwiatów. Sam Zamek Mirabell pozostał nieomal niezauważony, gdyż z przeciwległego wzgórza dumnie spoglądała już na nas Twierdza Hohensalzburg.

Ogrody Mirabell

Twierdza od początków swojego istnienia pełniła funkcje obronne (a początki te sięgają aż XI wieku), chociaż była też siedzibą arcybiskupów a nawet więzieniem, ale co ciekawe, na przestrzeni tylu wieków istnienia nigdy przez nikogo nie została zdobyta. Do twierdzy można dostać się pieszo lub korzystając z pomocy kolejki, która wznosi się do góry pod niebywałym kątem. Niesamowita atrakcja! Ale zanim jej zakosztujemy, czeka nas niemniejsza przyjemność, w postaci spaceru po Starym Mieście.

Twierdza Hohensalzburg

Opuszczamy więc Ogrody Mirabell, przechodzimy przez Makartplatz mijając dom, w którym mieszkała rodzina Mozartów, przeprawiamy się na drugi brzeg jednym z mostów na rzece Salzach, a już po chwili znajdujemy się na Getreidegasse, najstarszej zabytkowej uliczce miasta i głowy musimy zadzierać do góry podziwiając czterokondygnacyjne kamienice ozdobione pięknymi kutymi godłami.

Dawno, dawno temu Getreidegasse zamieszkana była przez najbardziej wpływowych mieszkańców Salzburga. Ale ich życie bynajmniej do łatwych nie należało. Ulica była też głównym traktem, którym prowadzano bydło i dosłownie płynęła ... odchodami! Najznamienitsi Salzburczycy byli więc zmuszeni poruszać się w butach na wysokich platformach i wyjątkowo ostrożnie stawiać kroki, gdyż mała nieuwaga mogła pociągnąć za sobą bardzo śmierdzące konsekwencje ;)

Getreidegasse

Dziś stare kamienice mieszczą siedziby znanych marek, a zabytkowe herby służą im za szyldy. Czasem zmienione ostentacyjnie, a czasem w bardzo wyszukany sposób, jak na przykład gustownie wkomponowane, znane na całym świecie "M" w jednym z najpiękniejszych herbów na ulicy. Ulicy, która znana jest również z innego powodu. To właśnie tu, na trzecim piętrze kamienicy pod numerem dziewięć, 27 stycznia 1756 roku, przyszedł na świat Wolfgang Amadeusz Mozart, człowiek, bez którego Salzburg prawdopodobnie nie byłby tym samym miastem.

Plac Mozarta

Salzburg obowiązkowo musi mieć pomnik najbardziej znanego ze swoich mieszkańców. Znajduje się on nie gdzie indziej, jak na placu nazwanym również imieniem Mozarta, który łagodnie przechodzi w Plac Rezydencji ze wspaniałą fontanną, która podobno przewiduje pogodę ... ale jaki strumień wody ma przepowiadać słońce, a jaki deszcz, za nic w świecie nie mogę sobie przypomnieć ;)

Fontanna na Placu Rezydencji / Pomnik Mozarta

Centralnym miejscem Starówki jest Katedra Salzburska pod wezwaniem św. Ruperta, zbudowana w latach 1614-1628 w stylu barokowym, a będąca świadkiem takich wydarzeń, jak ślub rodziców Mozarta, jego chrzest oraz praca w charakterze nadwornego organisty.

Katedra Salzburska

Przed głównym wejściem do katedry znajduje się figura Matki Boskiej w otoczeniu aniołów. Robi wrażenie jak inne jej podobne, ale po stanięciu w odpowiednim miejscu można odkryć, że dwa inne anioły trzymają koronę nad głową Matki Boskiej, mimo że nie znajdują się nad nią, ale na fasadzie samej katedry.

Front Katedry

Wizytą we wnętrzu katedry miało się zakończyć zwiedzanie Salzburga, ale kilkuosobowa ekipa samozwańców nie dała za wygraną, i zamiast w wolnym czasie kupować pamiątki, postanowiła zdobyć Twierdzę! Nie wystraszyła nas nawet matka natura, która pokazała swoje humory i chlusnęła deszczem dokładnie w chwili, gdy ustawiliśmy się w kolejce do kolejki na górę ;) I warto było! Warto! Dopiero z góry można było w całej okazałości dostrzec piękno Starówki umieszczonej na liście światowego dziedzictwa kultury UNESCO, i jej niezwykłą gęstą zabudowę z wykorzystaniem każdego kawałka ziemi.

Panorama Salzburga

Zlane deszczem dachy zabytków dodały im tylko dodatkowego blasku. A ileż uboższe byłyby wspomnienia z Salzburga bez tego wyjątkowego widoku ...

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Jestem. Już jestem :) Wróciłam i od razu ponawiam moją obietnicę poprawy, w najbliższym tygodniu wracam też z nowymi książkowymi notkami :)

Po powrocie oczywiście praca wciągnęła mnie w szalony wir obowiązków i nie dała ani chwili oddechu, ale dziś już jest czas, by na spokojnie powspominać :) I dziś o pracy ciiichooszaaa... nie będzie ani słowa :) Będzie za to o cudownym, inspirującym zmęczeniu, o bolących stopach od codziennie przemierzanych kilometrów, o śniadaniach w okolicach siódmej rano, co w normalnych warunkach jest dla mnie nie do pomyślenia, o dosypianiu w autokarze i zasypianiu natychmiast po przyłożeniu głowy do poduszki :) Wygląda jakbym narzekała? Nic bardziej mylnego moi drodzy! Wyjątkowe nagromadzenie atrakcji, szybkie tempo zwiedzania i zero czasu na myślenie sprawiło, że u kresu wyprawy czułam się jakby trwała nie tydzień, a przynajmniej trzy! W tydzień przemierzyłam Austrię od Wiednia przez Salzburg aż do Innsbrucku, zwiedzając zabytki i podziwiając cuda natury w postaci porażających swoim ogromem Alp, by na koniec przekroczyć granicę i wpaść na krótką chwilę do Bawarii.

Mam zamiar wrócić do tych wspomnień i gdzieś między notkami o książkach opowiedzieć Wam i pokazać najciekawsze fragmenty wyprawy. A na początek kilka widoków zza szyby, które towarzyszyły mi przez większość podróży. Mam nadzieję, że zachwycą Was równie mocno jak mnie :))