Literacko i fotograficznie. Wcześniej: w kąciku z książkami ...
| < Maj 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
Zakładki:
Teraz czytam:
O mnie
Ulubione blogi książkowe
Wyzwania czytelnicze:
Polecam:
(c) Copyright. Wszelkie prawa do tekstów i zdjęć zastrzeżone.

fakty i reportaże

niedziela, 25 października 2009

Wyspa klucz - Małgorzata SzejnertPrzyszedł czas, by publicznie puknąć się w główkę i powiedzieć sobie, że się zbyt mądrą nie było! Dlaczego? Ano już tłumaczę...

Prowadzenie bloga zmusza mnie do myślenia i ciągłej mobilizacji, a także rozwija. I chociaż zdaję sobie sprawę, że moja lista przeczytanych blednie przy listach tak wielu z Was, to jednak dumna jestem strasznie, gdy porównuję swoje czytelnictwo dziś, do lat ubiegłych – może gdzieś w podsumowaniach roku przyznam się Wam jak marnie było! Udało mi się też odrobinę (choć niedaleko) odejść od czytania tylko powieści. Wróciłam z chęcią do kryminałów, sięgnęłam po opowiadania, wspomnienia i książki o podróżach, z daleka za to trzymając się reportaży, okrążając je przysłowiowym szerokim łukiem, zupełnie nie wiem dlaczego?! Błąd! Błąd! Błąd!

Na "Wyspę klucz" natknęłam się w bibliotece, wyróżniała się na półce z nowościami piękną okładką i formatem. Recenzje na blogach wzbudziły zainteresowanie, jednak bez całkowitego przekonania, że to coś dla mnie. Z pewną taką nieśmiałością, mając w pamięci sześć gwiazdek dla książki od Zosik, postanowiłam zabrać ją do domu. Na całe szczęście nie tylko zabrałam, ale i przeczytałam. A właściwszym słowem tak naprawdę byłoby: pochłonęłam!

Genialna rzecz! Nie jestem obiektywna, nie mam żadnego porównania, ale to co stworzyła Małgorzata Szejnert podobało mi się szalenie! Nie przypuszczałam, że posługując się faktami i rzeczowym językiem można stworzyć tak interesującą i wciągającą lekturę!

Wyspa Mew, Wyspa Ostryg, Wyspa Szubienicy, zamieszkana początkowo przez Indian Lenni Lenape, uzyskuje ostatecznie swoją nazwę od pierwszego właściciela Samuela Ellisa, by stać się "wyspą kluczem" do lepszego świata, swoistej "ziemi obiecanej" dla milionów imigrantów. Miałam jakieś pojęcie czym w historii była Wyspa Ellis, wiedziałam, że była przystankiem na drodze do wyśnionej Ameryki, miejscem weryfikacji, spełnieniem oczekiwań lub ich kompletnym zawodem. Ale zupełnie nie uświadamiałam sobie skali tego procesu. Dopiero ten reportaż otworzył mi oczy.

"W latach 1892-1954 do portu nowojorskiego przypłynęło ponad szesnaście milionów sześciuset imigrantów. Przeważająca ich większość przeszła przez Ellis Island. Ponad sześciuset dziesięciu tysiącom odmówiono wstępu do Stanów Zjednoczonych. Wśród tych wykluczonych i odesłanych było między innymi: blisko dwieście dwadzieścia tysięcy osób mogących stanowić ciężar społeczny, ponad osiemdziesiąt tysięcy osób z defektami psychicznymi i fizycznymi, około czterdziestu tysięcy pracowników kontraktowych, prawie szesnaście tysięcy pasażerów na gapę, ponad trzynaście tysięcy sześciuset analfabetów, prawie osiem tysięcy osób złego prowadzenia się i ponad trzystu wywrotowców."

Tak wyglądają końcowe statystyki, ale "Wyspa klucz", choć nie jest i nie może być od ich wolna, jest przede wszystkim reportażem o miejscu, odbudowywanym i rozbudowywanym, dostosowywanym na miarę kolejnych potrzeb, i reportażem o ludziach, którzy przez lata mieli z nią styczność. Właśnie ludzie są największą siłą tej historii, to ich losy zmiękczają suchość przekazu i pokazują całość od środka. Obserwujemy kolejnych komisarzy stacji, matrony, opiekunów, lekarzy i wielu innych pracowników, często też ich przeszłość, priorytety, ambicje i wreszcie poczynania. Obserwujemy i imigrantów, nieliczne na tle milionów ale ważne jednostki, z ich strachem, obawami, poświęceniem, postawieniem wszystkiego na jedną kartę, a wszystko z powodu nadziei i wiary w nowe, lepsze jutro. Oburzają nas zmieniające się procedury i metody weryfikacji imigrantów, coraz większe wymagania, które należy spełnić, by drzwi do lepszego świata stanęły otworem, a także luki, którymi obciążony jest system, stające się pożywką dla oszustów. Odkrywamy też z pewną, choć bolesną satysfakcją, jak amerykanom otwierają się oczy na świat daleko za oceanem, od którego uciekają ludzie, jak na przykład pułkownikowi Weberowi po podróży do Rosji:

"Czas i odległość sprawiają, że horror blednie, i zastanawiam się czasem, czy podczas tych paru tygodni życia spędzonych w Rosji nie byłem ofiarą halucynacji. Chciałbym o tym zapomnieć, ale i dzisiaj wisi to nade mną jak mara nocna. Wychudzone sylwetki, mizerne twarze, zapadnięte głęboko policzki, żałosny wyraz tych wielkich oczu, jak u ściganego zwierzęcia, są zawsze obecne i nigdy mnie nie opuszczą. Czy śpię, czy chodzę, widzę dokładnie tych ludzi z wyciągniętymi rękami, wzywających, ach, tak żałośnie, pomocy, a my jesteśmy bezradni."

Ameryka nie była bezradna, do tego samego wniosku doszedł też John B. Weber. Ameryka miała odegrać ważną rolę na drodze do wolności, miała stać się nowym domem dla milionów ludzi i tym samym miała stać się matką ludów. Zasadnym staje się więc powtórzenie za Cyrilem Jamesem, pisarzem z Trynidadu, którego cytuje autorka:

"Zasiedloną przez ludzi ze wszystkich narodów, wszystkie narody mogą ją [Amerykę] uważać za swoją. Nie możesz utoczyć kropli krwi amerykańskiej bez utoczenia krwi całego świata (...), nasza krew jest jak nurt Amazonki, powstały z tysięcy szlachetnych strumieni zlewających się w jedno. Nie bardziej jesteśmy narodem niż światem (...)."

Doskonała lektura! Po stokroć polecam!