Literacko i fotograficznie. Wcześniej: w kąciku z książkami ...
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
Teraz czytam:
O mnie
Ulubione blogi książkowe
Wyzwania czytelnicze:
Polecam:
(c) Copyright. Wszelkie prawa do tekstów i zdjęć zastrzeżone.

podróżnicze, palcem po ... książce

poniedziałek, 13 kwietnia 2009

Toskania, Umbria i okolice. Przewodnik subiektywny - Anna Maria Goławska i Grzegorz Lindenberg"Podobno Toskania posiada więcej zabytków niż jakiekolwiek państwo (tak, tak, państwo) na świecie. Z pewnością nie da się wszystkiego zobaczyć i zapamiętać, nawet gdy odwiedza się tę krainę co roku, przez wiele lat. To stanowi dodatkowy urok; zawsze znajdzie się coś, czego się jeszcze nie widziało."

Anna Maria Goławska i Grzegorz Lindenberg zakochali się w Toskanii. I z tej miłości powstał, trzeci już w ich wykonaniu, przewodnik: "Toskania, Umbria i okolice. Przewodnik subiektywny." Nie do końca wiedziałam czego się spodziewać po tej lekturze, i czy w ogóle przewodnik da się czytać? Teraz już, z pełnym przekonaniem, mogę zapewnić - da się! A czytać można tradycyjnie, strona po stronie, lub też posiłkując się zamieszczonym na końcu indeksem nazw geograficznych, wybierać co bardziej interesujące nas fragmenty.

W pierwszej części znajdziemy wiele praktycznych informacji, które pomogą zaplanować podróż. Dowiemy się co zabrać ze sobą, jak najlepiej dojechać, gdzie warto się zatrzymać i co zobaczyć już po drodze. Że bezpieczniej pomyśleć o noclegach jeszcze w Polsce, bo agriturismo we Włoszech często są nieoznakowane, i że jadać warto w restauracjach wypełnionych lokalnymi, rozgadanymi mieszkańcami.

Druga część przewodnika to już wariacje na temat zwiedzania Toskanii i Umbrii "od początku albo od środka, albo od jakiegokolwiek innego miejsca" zaczynając. Nie natkniemy się tu zbyt często na winnice i gaje oliwne, za to znajdziemy niespotykane zachwyty nad tym co napotkamy po drodze: "żadna pocztówka, zdjęcie w kalendarzu przedstawiające Krzywą Wieżę nie kłamie. Wchodzi się na Campo dei Miracoli i rozdziawia buzię", oraz kilka pięknych opisów krajobrazu:

"Val d'Orcia należy do najpiękniejszych regionów Toskanii. Krajobraz wypełniają ogromne pofałdowane pola pszenicy, latem złotawe, aż chrzęszczące od suchego upału, jesienią ziemia przeorana w szerokie skiby przybiera kolory brązowe, rude, czerwonawe. Wiją się tu blade wstążki dróg, na jakimś stoku przysiadł gaj szarych, drobnych oliwek, a gdzieś dalej rząd strzelistych cyprysów wspina się łagodnym zboczem jak dziwna procesja. Kiedy się wyjrzy, tak, właśnie wyjrzy, z Pienzy na południe, można się zachłysnąć widokiem."

Jednak, to na czym skupiają się autorzy głównie, to historia. Podążamy więc przez miasta, miasteczka i wioski, śladami Etrusków, Longobardów, Sieneńczyków i Rzymian, odwiedzając katedry, mosty i twierdze, oraz podziwiając kolumny, apsydy, loggie, mozaiki i freski, często przecinając Via Francigena, czyli "średniowieczny szlak wiodący z północnej Europy do Rzymu, którym tysiące pielgrzymów podążały pieszo do Wiecznego Miasta". Mamy możliwość poznania historii zabytków (w które często wplecione są informacje o cenach biletów i porach zwiedzania), a także ciekawych legend i faktów z życia ich twórców.

"Caprese Michelángelo, nazwane tak na cześć swego najsławniejszego syna, to wioska w górach, ukryta wśród lasów kasztanowych. Masywny kamienny dom, w którym przyszedł na świat Michał Anioł (po tym, jak jego ciężarna matka spadła z konia, co może nie pozostało bez wpływu na genialny umysł dziecka), wznosi się na samej górze, nad wsią, w otoczeniu ruin twierdzy."

Autorka korzysta ze starych przewodników oraz innych tekstów traktujących o Toskanii, jednak w okolicach cytatów często zatraca luźny styl pisania, popadając w zbyt poważne tony, co mnie osobiście odrobinę przeszkadzało w odbiorze. Szkoda również, że piękne skądinąd zdjęcia, zostały umieszczone dopiero na końcu a nie gdzieś pomiędzy tekstem. Przewodnik bez fotografii raczej nie miałby prawa bytu, więc dobrze, że w ogóle się w nim znalazły. Mimo tych malutkich minusów, lektura zdecydowanie warta jest polecenia, zarówno do zwykłego poczytania, jak i do faktycznego wykorzystania w podróży.

Co bardziej dociekliwym polecam dodatkowo zaglądnąć na stronę autorów przewodnika: http://www.toskania.org.pl - znajdziecie tam polecane restauracje i noclegi, a nawet propozycję nieszablonowej wyprawy z autorką!! Na deser galeria zdjęć i oczywiście oddzielny katalog (czemu po przeczytaniu przewodnika zupełnie dziwić się nie można) z toskańskimi kocimi pięknościami :)

czwartek, 12 lutego 2009

Gringo wśród dzikich plemion - Wojciech Cejrowski

Nie lubię Wojciecha Cejrowskiego. Chociaż nie o lubienie, czy nielubienie tu chodzi. Drażni mnie gość i irytuje w telewizorku tą swoją przesadną pewnością siebie i już. Jednak na fali ogólnego zachwytu jego pisarstwem (pisali nawet Ci, co patrzeć na niego jak ja nie mogą) postanowiłam, że trzeba sprawę prześwietlić osobiście. Czym prędzej wyszabrowałam na pewien czas egzemplarz "Gringo wśród dzikich plemion" od koleżanki Karoliny (której z tego miejsca gorąco dziękuję!), zachwyconej również, a jakże :) i przystąpiłam do lektury ...

Spodobała mi się bardzo jedna z recenzji zamieszczonych na okładce. Niejaki Daras pisze tak: "Szkoda, że osoba, na którą nie mogę patrzeć i której poglądy stanowią zaprzeczenie moich, ma zupełnie niezrozumiały dla mnie dar opowiadania ciekawych historii. Na szczęście możliwe jest czytanie bez patrzenia w te złośliwe oczka. Wolałbym, żeby pański talent miał ktoś bardziej przeze mnie ceniony. Obiecuję, że jeżeli kiedykolwiek będę miał na to jakiś wpływ, natychmiast go Panu odbiorę i dam komuś innemu."

Talent niewątpliwie jest, więc byłoby co odbierać ... ale skoro go dostał od losu, to ja w to ingerować nie zamierzam. Punkt dla autora, że krytyki się nie boi i postanowił taką opinię na okładce zamieścić. Za talent punkt drugi. Punkt trzeci: czyta się świetnie, bo napisane jest bez niepotrzebnego nadęcia, DUŻYMI LITERAMI jak trzeba, a czasem malutkim maczkiem (na przykład gdy "panika" czai się w pobliżu). Ciekawość rośnie ze strony na stronę, ale czytać należy nie spiesząc się zbytnio, spokojnym krokiem przez dzikość Ameryki Południowej, w którą zabiera nas autor. Po drodze często uśmiechamy się pod nosem, często otwieramy szeroko oczy z niedowierzania i nierzadko coś nas przeraża. Na przykład ogromna mnogość sposobów, na który w dziczy można stracić życie. Od żabek plujących kwasem, jadowitych pająków, płaszczek z trującym kolcem czy węgorzy elektrycznych a nawet motyli zabójców! Umrzeć można nawet z pragnienia, mimo że tropikalna puszcza jest najbardziej wilgotnym miejscem na ziemi! I jak tu nie być przerażonym? Szok, że autor ze strachu tylko raz (za przeproszeniem) narobił w majty - ewentualnie tylko raz się przyznał! Za pełen wachlarz dostarczonych emocji należy się punkt czwarty. Na punkt piąty zasługują morały, celne, idealnie trafione podsumowania i komentarze, choćby takie jak ten: „"Słuchajcie ciszy... Usłyszycie Mądrość. Odnajdziecie Spokój. Właściwy dystans do spraw, ludzi i przedmiotów. Znajdziecie czas, którego Wam brakowało. Słuchajcie ciszy. I mówcie ciszej. Ciii... Sza!" Szósty punkt, ode mnie dla Tłumacza! Inteligentna z "niej" bestia i dociąć potrafi;) Nie ma co, dobrali się z autorem jak w korcu maku ... dokładnie tym samym korcu zresztą;)

Na koniec mały minusik, no powiedzmy że pół. W okolicach połowy książki autor zaczyna nadużywać jednego słowa, a mianowicie: "Posłuchajcie...". Karolinka twierdzi, że dzięki temu czuła się jakby słuchała opowieści przy ognisku. Ja się czułam wręcz odwrotnie i jedyne na co miałam ochotę widząc kolejne "Posłuchajcie..." to wziąć w rękę czarnego markera i zrobić śliczną czarną krechę, żeby nie było widać ... daję słowo, że gdyby egzemplarz był mój nic by mnie nie powstrzymało;) Paradoksalnie narastająca irytacja uspokoiła mnie. Dlaczego? Uznałam, że skoro autor potrafi mnie wkurzyć słowem pisanym, to już nie mogę mieć wątpliwości, że tym autorem naprawdę jest Wojciech Cejrowski ...;)

Ostatecznie dodając i odejmując wychodzi nam 5 i ½ .

Wrażeń było aż nadto, ale komu po lekturze ciągle mało a odwagi ma pod dostatkiem, może spakować plecak i wyruszyć w drogę. Zabrać należy książeczkę zdrowia, choć zamiast paszportu przydawała się pewnie tylko w latach 80-tych ;) Zebrać fundusze można sprzedając lodówkę (lub coś bardziej cennego) ... ale wcześniej należy koniecznie wyjeść z niej wszystkie smakołyki, żeby potem było co wspominać jak w dżungli na przekąskę przyjdzie wcinać pieczone mrówki lub też pędraki serwowane jak w cywilizowanym świecie czekoladki!

Ja lodówki sprzedawać nie zamierzam, ani tym bardziej zapuszczać się w dżunglę. Co to, to nie! Najzupełniej wystarczy mi oddalony o kilkaset metrów od domu lasek jako namiastka;) Jedyne, co mogłabym zrobić pod wpływem pana Cejrowskiego to spróbować wreszcie Yerba Mate ... tym bardziej, że oryginalny garnuszek do tego procederu, dzięki uprzejmości szwagra, już mam:) Co prawda nie z Paragwaju, a z Urugwaju (ale to podobno kiedyś był Paragwaj więc wszystko gra). I nie z drewna Palo Santo, ale z jakiegoś tworzywa, wyglądającego ... jak skóra? Za to rurka do picia idealnie jak w opisie, srebrna z siteczkiem na końcu, co by nam fusy do buzi nie wpadały;) Jak widać na obrazku, garnuszek to pewnie typowa wersja "dla turystów", ale w końcu przyleciał do mnie przez ocean, więc to się liczy! Teraz trzeba tylko zakupić odpowiednie liście do garnuszka i można próbować ... ;)