Literacko i fotograficznie. Wcześniej: w kąciku z książkami ...
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
Teraz czytam:
O mnie
Ulubione blogi książkowe
Wyzwania czytelnicze:
Polecam:
(c) Copyright. Wszelkie prawa do tekstów i zdjęć zastrzeżone.

siła powieści

środa, 10 lutego 2010

Miłość i jej następstwa - Sulaiman Addonia

"Abu Mahdi, stary mężczyzna mieszkający w najwyższym bloku w okolicy, tym dziesięciopiętrowym, pojawił się właśnie na ulicy. Za nim szła kobieta okryta od stóp do głów abają. Mogła to być tylko jego żona, ponieważ Abu Mahdi miał samych synów, którzy już się pożenili i mieszkali w innych dzielnicach Dżiddy. Od dziesięciu lat widywałem go na ulicy; zmarszczki rozsypywały się coraz szerzej po jego twarzy, aż oblepiły ją całą niczym pajęcza sieć. Ciekawe, zastanowiło mnie, czy jego żona też się tak zestarzała."

Takie, między innymi, myśli kłębiły się w głowie Nasera, gdy chował się w cieniu swojej palmy przed piekielnym żarem lejącym się z nieba. Choć częściej zwyczajnie emocjonalnie złościło go, że nie może "stanąć na ulicy i po prostu czekać, aż zjawi się jakaś dziewczyna z odsłoniętą twarzą i pośle mu uwodzicielski uśmiech". Realia życia w Arabii Saudyjskiej, podział świata na męski i kobiecy, nie dawały mu najmniejszych złudzeń na spełnienie tych marzeń i potęgowały dodatkowo tęsknotę za Erytreą, krajem dzieciństwa z domem pełnym kobiet o uśmiechających się do niego twarzach. To wojna zmusiła matkę do odesłania dwóch swoich synów w bezpieczniejsze miejsce, ale rzeczywistość podzieliła ich losy skazując Nasera na nieomal samotną walkę o przetrwanie i o zachowanie godności w zderzeniu ze światem bogatych, jeszcze nieżonatych Saudyjczyków, szukających rozrywki wśród młodych chłopców. Życie Nasera bynajmniej nie należało do łatwych, ale ukojenie dawały mu chwile spędzane pod palmą na rozmyślaniu o dziewczynie ze snów.

"A chociaż były to kompletnie nierealne mrzonki, to i tak dalej zachodziłem pod swoje drzewo, ponieważ to miejsce świetnie się nadawało do śledzenia owego czarno-białego filmu, który ciągnął się bez końca, ukazując oczom widza nieustającą procesję abaj i saubów. Pomimo całej swej monotonii był to jedyny film w całej Dżiddzie, na którym oczami wyobraźni dostrzegałem za czarnymi kotarami kobiecej odzieży tę jedną aktorkę, dzięki której w moim życiu miała zagościć wreszcie odrobina koloru."

I zagościła. Dużo więcej niż odrobina koloru zagościła w życiu Nasera za sprawą małego kawałka papieru znalezionego u stóp i olbrzymiej odwagi pewnej dziewczyny, która zaryzykowała, by go tam upuścić. Nie obędzie się bez wątpliwości, bez potoku myśli, bez obaw czy mają szanse na przyszłość i bez strachu, że ktoś odkryje ich sekret, ale od tego momentu z zapartym tchem przyjdzie nam, czytelnikom, przerzucać kolejne strony i z wypiekami na twarzy śledzić bieg wydarzeń i trzymać mocno kciuki z powodzenie licznych forteli, które Naser i Fiore będą musieli przedsięwziąć, by ich marzenia miały szanse na realizację.

"Miłość i jej następstwa", nie waham się użyć wielkich słów, to romans doskonały. Pierwsze skrzypce, jak na ten gatunek przystało, gra tu, i grać musi, miłość. Ale nie miłość łzawa i ckliwa rodem z taniej telenoweli, a miłość, będąca dowodem na to, że nawet najbardziej odległe od siebie światy, przy wyjątkowej determinacji, mają szanse się spotkać i pokonać wszelkie trudności. To historia osadzona silnie w świecie znanym przez nas Europejczyków raczej ze środków masowego przekazu, świecie odległym, odmiennym zupełnie od naszego, nieznanym, na który coraz szerzej otwieramy oczy, a w tło odmalowane przez autora wierzymy bez najmniejszych zastrzeżeń – wystarczy na okładce przeczytać zarys jego osobistej drogi, w wielu punktach tak zbieżny z losami bohatera. Wierzymy choć nie jest łatwo przekonać siebie, że taki świat istnieje naprawdę. Wreszcie to historia niebezpieczna. Niebezpieczna momentami i w treści, ale głównie dlatego, że w jej towarzystwie bardzo łatwo zapomnieć o całym świecie i zacząć żyć życiem książkowych postaci. Dlatego ostrzegam lojalnie: wchodząc do tej rzeki może was dopaść pokusa, by nie wychodzić aż do przewrócenia ostatniej strony. Ale jednocześnie jestem nieomal pewna, że ani jednej minuty spędzonej z tą lekturą nie przyjdzie wam żałować.

Gorąco polecam! A chętnym spróbować przypominam, że trzy notki niżej, jeszcze przez cały dzisiejszy dzień, można spróbować szczęścia w losowaniu tej książki. O dokładnie TU :)

wtorek, 02 lutego 2010

"Pisarstwo jednocześnie lekkie i dziwne. I na tym polega jego genialność. Agus opowiada o obu warstwach życia – powierzchownej i głębokiej; o świecie dzieciństwa przerażająco radosnym, a zarazem zachwycająco bolesnym." – czytamy na okładce.

Oj tak, dziwna jest ta książka. I niełatwa. Ta książka boli. Dosłownie. Fizycznie. Boli. Równocześnie czytając trudno się oprzeć wrażeniu, że od bohaterów oddziela nas tafla lodu lub zaparowana szyba, w którą chuchamy i przecieramy uparcie, by coś dojrzeć, a jednocześnie wolelibyśmy nie widzieć. I czytając niedowierzamy w to co czytamy, tak wszystko wydaje się strasznie niemożliwe. I trudno się nam dziwić, że co czasem odwracamy wzrok, jakby w zawstydzeniu, bo czujemy, że za dużo widzimy, że za głęboko wnikamy w prywatność tej rodziny.

Rodzina nazywa się Sevilla Mendoza i mieszka na Sardynii chyba od zawsze. Być może z pozoru wygląda całkiem normalnie. Jest matka i ojciec, i nawet się kochają. Córka i syn, dwójka nastolatków, ona ma chłopaka, on beznadziejnie się w kimś kocha. Jest ciotka, siostra matki, która mimo chęci nie zdołała sobie jeszcze ułożyć życia. I babcia, jak to babcia, która chciałby, by to wszystko wyglądało inaczej. Ot, życie. Ale...

"W naszym domu każdy ma obsesję na jakimś punkcie: dla mamy to uroda, dla taty Ameryka Południowa, dla mojego brata doskonałość, a dla ciotki narzeczony.
Ja wymyślam opowieści, bo kiedy tutejszy świat mi się nie podoba, przenoszę się do mojego i bardzo mi tam dobrze.
A tutejszy świat nie podoba mi się z wielu powodów. Mówiąc szczerze wydaje mi się paskudny i zdecydowanie wolę swój własny."

Ale matka jest typową artystką, malarką z myślami gdzieś w chmurach, nieobecną, zbyt kruchą i delikatną by mówić z nią o codziennych sprawach, a stąpać w jej obecności należy ostrożnie żeby nie zburzyć jej spokoju. Ojciec kocha tę kobietę, ale nie takiej spodziewał się żony. Marzył o żonie, która dorówna mu kroku. Nie udało się. W przeciwieństwie do żony zazwyczaj jest nieobecny ciałem. Miewa kochanki. Jest wszędzie tylko nie w domu, zbawiłby całą biedotę świata i uratował wszystkie dzieci, tylko przy swoich własnych go nie było i nie ma. Ciotka spędza czas na poszukiwaniu szczęścia, na łapaniu jego okruchów, a może raczej ochłapów... Co rusz zakochuje się i oddaje cała w ramiona kolejnych kochanków, co rusz jest porzucana i na okrągło leczy rany bez wyciągania wniosków, by już za moment wpaść w kolejną czarną rozpacz. Brat jest nieszczęśliwie zakochany. Jego wymarzona dziewczyna chodzi z kimś z silniejszej grupy, z kimś kto zabiera mu śniadanie i przybory szkolne, z kimś z kim nie ma szans. Nie walczy, wycofuje się i całe dnie spędza na żmudnym ćwiczeniu gry na fortepianie. I wreszcie ona, osiemnastoletnia córka, wnuczka, siostra i siostrzenica, nasza narratorka. Jak mało kto widzi to wszystko, widzi problemy, być może nawet widzi ich źródło, jest dobrym obserwatorem. Próbuje łagodzić sytuacje, ale to czego jej brakuje to wiara w siebie. Chce kochać, ale nie wierzy, że zasługuje na miłość, na dobrą miłość. Wikła się w związek z żonatym mężczyzną o sadomasochistycznych skłonnościach i z wyjątkową perwersyjną wyobraźnią w tym względzie. Naprawdę strach przypominać sobie te fragmenty i strach zdać sobie sprawę, że można uważać taką miłość za jedyną możliwą, za jedyną, na którą się zasługuje...

Zupełnie pomieszane relacje znajdujemy w tej książce, relacje odwrócone, gdzie dzieci wydają się być bardziej rozsądne od rodziców, tylko tak boleśnie pogubione. I w pewnym momencie przestaje dziwić umieszczony na wstępie fragment z "Pinokia" Carla Collodiego:

"- I co dalej? – spytał Pinokio.
- Nic – westchnął Gepetto z rezygnacją. – Jesteśmy zgubieni...
- Zgubieni? Dlaczego zgubieni? – zaprotestował Pinokio. – Daj mi, tato, rękę i uważaj, żebyś się nie poślizgnął.
- Dokąd mnie teraz prowadzisz?
- Spróbujemy raz jeszcze. Chodź i nic się nie bój."

Chce się zapytać czy naprawdę to dzieci będą musiały postawić na nogi tę rodzinę? Czy może znajdzie się ktoś z dorosłych kto wreszcie przejrzy na oczy? Kto wyrwie ich wszystkich z brzucha rekina, w którym tkwią?

„żeby uciec z brzucha rekina, trzeba poczekać aż zaśnie. Ale jak stwierdzić, że śpi?”

Dziwna to proza, i niełatwa, i pewnie nie dla każdego. Moim zdaniem jednak warto poświęcić jej trochę czasu i przekonać się osobiście.

A na mnie tymczasem czeka już "Ból kamieni"...

 

środa, 11 listopada 2009

7 kolorów tęczy - Monika Sawicka

Nabrałam się! O jakżeż okrutnie się nabrałam!

Ta okładka to optymizm w najczystszej postaci, z ogromnym ładunkiem nadziei – tak zawsze myślałam mijając książkę na półkach rozlicznych księgarni. Dlatego też z ochotą przyjęłam propozycję przesłania egzemplarza recenzenckiego przez Wydawnictwo Magia Słów.

A potem nadzieja prysła jak bańka mydlana po kilku przeczytanych stronach. Niepokój za to towarzyszył mi już od pierwszych zdań autorki.

Nie rozumiem zupełnie powodów dla jakich powstała ta książka! Nie rozumiem potrzeby autorki do nieustannego podpierania się cudzymi tekstami. Paulo Coelho, Wiliam Wharton i poradniki w stylu dlaczego mężczyźni to, a kobiety tamto, królują na tych stronach, przeżywają swoje drugie życie. Szkoda, gdyż sama Sawicka w miejscach bez cytatów pisze całkiem sprawnie i płynnie (niewiele to, ale dobre chociaż tyle). Niestety takich fragmentów jest w książce jak na lekarstwo, przy czym napełniają też niesmakiem za przyczyną użytych sformułowań w stylu: "rozglutowanych smarków na policzku", czy: "Generalnie dość istotne jest dla mnie, kto rezyduje w mojej pochwie".

Niesmaczne jest też naśladownictwo, ewidentne nawiązania do prozy J. L. Wiśniewskiego, widoczne chociażby w zastosowaniu korespondencji jako środka komunikacji między dwójką bohaterów oraz odwoływania się do takich dziedzin nauki jak chemia i fizyka. Tyle że w tym wypadku odwołania są wyjątkowo nienaturalne. Powiedzcie sami, czy znacie dziewczyny, które w przymierzalni raczą się wykładami na temat chemii, w tym wypadku tej łączącej się ściśle z miłością, i na temat hormonów, używając fachowych określeń i popierając naukowymi przykładami? Słyszeliście kiedykolwiek rozmowę przyjaciółek podobną to tej:

"Czy ty masz, Ewuniu pojęcie, że nawet kształty płatków śniegu nie są dziełem przypadku, lecz są każdorazowo zaprogramowane z góry przez ingenezę i następnie ukształtowane dzięki celowemu wykorzystaniu praw fizyki obowiązujących na poziomie kwantowym i wyżej?"

Ja na całe szczęście nie mam nikogo takiego w swoim otoczeniu.

Sawicka nie pozostaje na chemii i fizyce, idzie dalej. Bombarduje czytelnika wywodami na temat przeznaczenia, karmy, afirmacji, kreowania rzeczywistości przez myśl, przyciągania szczęścia, feromonach czy zdolnościach parapsychicznych. Wiedzę na te tematy czerpie z rozlicznych stron internetowych, z których wiele to ściągi i opracowania (!), a podaje nam ustami swoich bohaterów, których losów i poplątanych perypetii Wam oszczędzę.

Czuję się oszukana. Wzięłam do ręki coś co miało być powieścią, a otrzymałam jedynie masę porad i przekonań, którymi kieruje się autorka. Gdybym chciała poczytać Coelho czy Whartona po prostu bym to zrobiła. Gdybym czuła potrzebę podparcia się poradnikiem w jakiejś kwestii, wybrałabym konkretny adekwatny do danej sytuacji. Ten zestaw uniwersalny zupełnie mnie nie przekonuje. Być może dla pani Moniki napisanie tej książki miało być przysłowiowym lekiem na całe zło, sposobem na odnowienie wiary w siebie i w swoją siłę. Ale mnie osobiście, zamknięta już lektura odbija się jedynie czkawką i kojarzy się ze zmarnowanym czasem. "7 kolorów tęczy" skutecznie zniechęciło mnie do kontynuowania znajomości z Moniką Sawicką. Zdecydowanie najgorsza książka po jaką zdarzyło mi się sięgnąć w tym roku. Niestety.

czwartek, 05 listopada 2009

Każdy dom potrzebuje balkonu - Rina FrankZachęcająca, nostalgiczna okładka i bardzo obiecujący tytuł – te dwie rzeczy przyciągnęły mnie do książki Riny Frank i kazały natychmiast się w nią zaopatrzyć. Skutecznie omamiło mnie Wydawnictwo Otwarte serwując na okładce smakowity fragment powieści nawiązujący do tytułu. Liczyłam na ten balkon niczym na okno na świat, szeroko otwarte, i niczym na odświeżający powiew czegoś nowego. Już szykowałam się na kolejne doświadczenie w stylu "Wyjścia z Egiptu", co zresztą miało swoje uzasadnienie, gdyż obie książki oparte są na prawdziwych historiach rodzinnych autorów i obie opowiadają o Żydach, którzy emigrują do innego kraju. Nadzieje nie były więc pozbawione podstaw, ale okazały się być sporo na wyrost. Zdecydowanie oczekiwałam więcej, ale nie zawiodłam się na całej linii. Zawiodłam się, można powiedzieć, mniej więcej w połowie.

Powieść jest napisana dość specyficznie. Każdy z kilkunastu rozdziałów podzielony jest na dwa plany czasowe, pierwszy związany z dzieciństwem Riny, tudzież z historią jej rodziców, i drugi, w którym nasza bohaterka mierzy się już z dorosłymi problemami. Pierwszej części nie można odmówić magii. Przede wszystkim magii Hajfy, ze spacerami "wśród mozaiki kolorów i grup etnicznych, prawdziwej wieży Babel, gdzie mówiono po arabsku, rumuńsku, w jidysz, po polsku, turecku, a zwłaszcza po marokańsku. Wszyscy się tu znali i mieli taki sam cel, mimo że pochodzili z czterech stron świata." To dla Hajfy właśnie rodzice bohaterki opuścili Rumunię, i tu przyszło im w skromnych warunkach wychowywać córki. Dzieciństwo Riny i Seffi, mimo trudności, pełne jest ciepła i nostalgicznych wspomnień. Wspomnień wieczornych opowieści ojca, piątkowych gier w rummy w co raz to innym domu, miłości do kina przekazanej przez rodziców i uwielbienia dla omletów, które były cudowną odmianą od codziennej, znienawidzonej mamałygi. Pełne również bliskich relacji siostrzanych, czasem nacechowanych konkurencją, ale również dumą i wzorowaniem się oraz wspólnie spędzanym czasem i fantazjowaniem.

"Przemierzałyśmy ulicę Stanton, bawiąc się, wymyślając historyjki, opowiadając głupstwa, stwarzając świat, w którym fikcja mieszała się z rzeczywistością. Kiedy jest się biednym, fantazjowanie trochę osładza życie i myślę, że właśnie dlatego rodzice nigdy nie zmuszali nas, żebyśmy twardo stąpały po ziemi."

Drugi plan czasowy rozczarowuje, i chociaż głupio to mówić, dorosła historia trąci banałem, aż ciśnie się na usta: "ale to już było"... Już było o Kopciuszkach awansujących z biedy na salony, nie umiejących się znaleźć w nowych warunkach. Już było o miłości od pierwszego wejrzenia i nagłych zwrotach w postaci choroby i problemów małżeńskich. Nic tu nowego i opowiedziane jakby bardziej płasko, lekkim ślizgiem po powierzchni.

Humor zmieniał mi się przy czytaniu, gdy napotykałam w tekście pojedynczą gwiazdkę (o taką: * ) sugerującą, że oto za chwilę znajdę się po dorosłej stronie. I niejednokrotnie zdarzało mi się sprawdzać ilość stron, które dzielą mnie od nowego rozdziału i powrotu do dzieciństwa autorki, tak nie mogłam się go doczekać. Powiązania między planami są widoczne (w przeciwieństwie nawiązań do tytułu, na które liczyłam), ale moim skromnym zdaniem z korzyścią dla powieści byłoby skupienie się na planie pierwszym i rozwinięcie go. Miejsce debiutu literackiego Riny Frank wśród międzynarodowych bestsellerów może sugerować jednak, że moja opinia jest odosobniona... Nie macie więc wyjścia – musicie przekonać się sami.

wtorek, 20 października 2009

Radio Yokohama – Marcin Bruczkowski, Monika Borek

Ja przepraszam, ale ja nie rozumiem. Fenomenu tej książki :(

Czyta się lekko, łatwo i przyjemnie, a kartki nieomal same się przewracają. Jesteśmy w dość egzotycznym miejscu wypełnionym różnorodnymi bohaterami, i niby wszystko gra, ale w okolicach połowy książki musiałam sobie zadać pytanie: no dobra, ale o co tu chodzi ... ?

Malajka Amanda nagrywa swoją pierwszą płytę, podobnie jak zespół Y2K, pełen oryginałów pierwszej wody. Kanadyjczyk Andrew Allen, niespodziewanie nawet dla siebie, debiutuje w roli realizatora dźwięku, a wszystko pod czujnym okiem wymagającego Polaka, Martina Bosa, chociaż oczywiście nie tylko. Mieszankę kulturową uzupełniają miejscowi, na dokładkę występują też kot i koza. Małą, ale dosadną rólkę, dostał nawet krokodyl! A już zupełnie niebagatelne role ogrywa szeroki wybór pluszowych i gumowych zwierzaków ;)

Samo radio też bynajmniej nie jest zwyczajne. Budynek tak naprawdę składa się z czterech, zbudowanych w różnych okresach. W środku ciągną się niezliczone korytarze, pełne zaułków, półpięter i mini schodków, w których odnalezienie się jest dużą sztuką. Błądzą więc ci nasi bohaterowie dość często, a w między czasie poznają się, gotują, śpiewają (nie tylko w trakcie nagrań), czasem też chodzą po murach. I co zaskakujące, również mieszkają. Na czas nagrań radio jest bowiem ich domem i wynurzają się z niego tylko, by odebrać pizzę. Egzystują sobie niczym w takim Big Brotherze, podglądani zamiast kamer, przez czytelnika.

Podglądamy na zmianę z punktu widzenia Amandy i Martina, bo tym właśnie postaciom autorzy udzielili głosu. I taki też był zamysł książki, by ukazać różnice w odbiorze tych dwóch stron. Pomysł – genialny! Wykonanie? No cóż, ja oczekiwałam głębszej analizy i więcej psychologii. Czegoś mi tu zabrakło... Wątki pourywane, momentami dające nadzieję, ale nie rozwijane, w efekcie sprawiły, że nawet po przewróceniu 300 strony nie wiedziałam do czego to zmierza. A gdzie tam jeszcze do 388! Liczyłam na tajemnice skrywane przez ostatnie opuszczone piętro, liczyłam wreszcie na ducha, ale i ten okazał się jakiś taki ... niewydarzony :(

Nie zrozumieliśmy się z Bruczkowskim niestety, ale sięgnę jeszcze po niego. Nieprędko to będzie, ale sięgnę. Z czystej przekory, żeby sprawdzić czy naprawdę się nie dogadamy, czy "Radio Yokohama" to tylko przypadek. A tymczasem pewnie dostanę niezłą burę od wielbicielek, których, jak wiem doskonale, jest wiele! Trudno... chciałam, to mam ;)

poniedziałek, 12 października 2009

"Wyjście z Egiptu to jedna z najpiękniejszych sag rodzinnych, jakie kiedykolwiek czytałem. Z wyjątkowym pietyzmem, miłością i talentem opisuje André Aciman dzieje zamożnej żydowskiej rodziny, która przybyła do Egiptu z Konstantynopola na początku XX wieku. Jego książka to wzruszająca podróż do niegdysiejszej Aleksandrii, spacer po jej zachwycających dzielnicach, ulicach i pałacach. W tej zaczarowanej scenerii poruszają się barwni bohaterowie autobiograficznej powieści Acimana."

Opisy na okładkach książek bywają różne, czasem akuratne, czasem na wyrost, nierzadko przesadnie ubrane w reklamowe szatki, tak, że po przeczytaniu trudno nam się pozbyć wrażenia, że czytaliśmy coś zupełnie innego. Ale w powyższych czterech zdaniach, w moim odczuciu, nie ma żadnej przesady. Wreszcie opisem na okładce zdecydowanie warto się zasugerować! A nawet trzeba!

Nie będę owijać w bawełnę, bałam się tej książki, bałam się jak diabli. Okładka nie pozostawiała złudzeń a wyobraźnia szalała. Czułam, że będzie trudno, tragicznie i przerażająco smutno. I smutno było niejednokrotnie, ale ów smutek przesycony był nostalgią tak niewyobrażalnie ciepłą, że trudno znaleźć słowa, by ją wyrazić. Pozostaję pod ogromnym wrażeniem, chociaż skończyłam czytać ponad miesiąc temu. I nie przestaję się dziwić wyjątkowej wrażliwości autora, dorosłego przecież mężczyzny, który swoją opowieść przedstawia z punktu widzenia dziecka, którym był, gdy opowiadane wydarzenia miały miejsce. Naprawdę warto oddać mu głos, warto usiąść wygodnie w fotelu i pochłonąć te nieco ponad trzysta stron historii rodziny André Acimana.

A jeśli kogoś z was przytłoczy odrobinę natłok bohaterów pierwszego rozdziału, jeśli trudno będzie się wam połapać w mnogości wujów i ciotek i nadziwić nie będziecie się mogli ilości języków, których zaczynali się uczyć, krajów, do których przybywali i które opuszczali, a także zajęć, których się podejmowali, uwierzcie mi – to minie. Nie obejrzycie się nawet, jak otoczy was gwar kosmopolitycznej Aleksandrii, której ulice będziecie pokonywać tramwajem lub pieszo, a zaglądając przez okna domostw uśmiechać się będziecie obserwując ich temperamentnych mieszkańców, będących mieszanką wielu kultur, narodowości, języków i grup społecznych, którzy to czynili Aleksandrię miejscem tętniącym życiem i przesyconą zapachami...

"w każdym domu obecny jest jakiś etniczny zapaszek /.../ w Aleksandrii, kierując się węchem, bez trudu można orzec, z kim ma się do czynienia; ledwie uchwytny zapach parmezanu, gotowanych karczochów i borekas mówi, że domostwo zamieszkane jest przez /.../ sefardyjczyków, woń wędzonego pastrami to znak, że w kuchni królują Ormianie, grecki salon zaś można rozpoznać po zapachu mirry, a dom włoski po woni smażonej cebuli i rumianku."

Ta książka jest wyrazem umiłowania detali, małych rzeczy, które łatwo przegapić w codziennej krzątaninie, a które wrażliwa dusza potrafi umiejętnie wychwycić, zachować i nawet przelać na papier.

"W brodę drapał mnie miło nowy sweter; ciepły i dziwnie kojący zapach świeżej wełny zapowiadał długie wieczory w herbaciarni, świąteczne zakupy i bożonarodzeniowe prezenty. Jeszcze raz potarłem brodą o sweter, myśląc już o ciastkach i gorącej czekoladzie w Délices, największej cukierni w Aleksandrii, gdzie mieliśmy się spotkać z ciotką Florą, a potem również z ojcem, by w przyćmionym pomarańczowym świetle, przy tym samym co zwykle stoliku, delektować się widokiem starego portu, czekając na zamówione łakocie, które kelnerzy przynosili na olbrzymich półmiskach."

Wieczorów i popołudni w kawiarniach czeka nas niemało, jak również niemało dni spędzanych w domu nad morzem w otoczeniu konkurujących babć i mamy, którą kochać nie zawsze było łatwo, bo miłość ta mieszała się ze wstydem i zażenowaniem z powodu jej ułomności. Ale czeka nas też wiele sporów i kłótni, których w wielokulturowej mieszance przecież nie sposób uniknąć, a które jednak znikały w obliczu kryzysu i ustępowały miejsca jedności i solidarności, tak że mały André mógł zapamiętać nawet trudne czasy w pozytywny sposób.

"Czułem, że będę tęsknić do tych nocy – nie do wojny, ale do chwil spędzonych w ciemności, nie do ciotek i wujów, ale do aksamitnego szmeru ich głosów, gdy gromadziliśmy się wokół radia i szeptem wyrażali swoje myśli, jak gdyby obawiając się, że wróg może je też usłyszeć. To ta przymusowa ciemność nadawała kształt wspólnym wieczorom, przedłużając kolacje, gdyż nie widząc talerzy, zmuszeni byliśmy jeść wolniej niż zazwyczaj. Zaciemnienie przerywało podwieczorki, grę w karty, rozmowy, kłótnie, płacz i wizyty, narzucając naszemu życiu ceremonialny, niemal liturgiczny nastrój, który podkreślał przypominający woń kadzidła zapach nafty lub palącego się oleju."

Powieść Acimana można odebrać na wielu płaszczyznach. Dla mnie okazała się być przede wszystkim nostalgiczną wyprawą z barwnymi bohaterami do miejsca, którego już nie ma; ale również umiejętnie przekazała lekcję historii, której oczekiwałam. Ta opowieść ciągle we mnie żyje, układa się i trawi na nowo pomnażając radość z lektury, która mam nadzieję, będzie też udziałem kolejnych jej czytelników.

środa, 30 września 2009

Jak dobrze, że opis z okładki tej książki nie mówi zbyt wiele. Jak dobrze, że zbyt wiele szczegółów nie wyczytałam w recenzjach, które pojawiły się przed moją. Na całe szczęście nie miałam zielonego pojęcia jaką tajemnicę z przeszłości skrywają bohaterki. Bo gdybym wiedziała, z pewnością trzymałabym się od tej historii z daleka, spodziewając się, że zaogni jeszcze bardziej bolesne i tak świeże rany, które co dopiero spowodowała rzeczywistość wokół mnie... Więc na szczęście (!) nic nie wiedziałam, i dzięki temu nie skreśliłam książki tylko przez smutne skojarzenia, które mogła nasunąć. I chociaż tych ostatnich nie sposób było uniknąć, lektura sprawiła mi niekłamaną przyjemność i dobrze się stało, że miałam okazję po nią sięgnąć.

Antonina Kozłowska, dziennikarka, tłumaczka i pisarka, autorka dwóch blogów, które podczytuje tak wiele z nas :), napisała książkę pełną śladów polskiej rzeczywistości lat 80-tych XX wieku, i pełną wnikliwych rozważań na temat dziewczyńskiego dorastania, z wszystkimi jego buntami, konfliktami i pytaniami, na które odpowiedzi daje w pierwszej kolejności podwórkowe życie między rówieśnikami.

Choć nie w Warszawie, a na południu Polski, i ja wychowałam się w miejscu podobnym do tego z powieści, "gdzie błotniste uliczki wiły się leniwie pomiędzy domkami z cegły, drewna i nowymi osiedlami szeregowych klocków, które wyglądały jakby ktoś pociął blok z wielkiej płyty na cienkie plasterki, ustawił je obok siebie, i dodał dywanik zielonej trawy od frontu." I chociaż jestem kilka lat młodsza od bohaterek i świat "na kartki" znam raczej z opowieści rodziców, jednak pamiętam czasy, gdy jeansy z Pewexu dostępne były dla nielicznych a dzieciaki jeździły po podwórku na składakach, a nie najnowszych modelach rowerów górskich. Z rozrzewnieniem wspominam moje pierwsze "czeszki", lemoniadę w woreczkach pitą przez rurkę, popołudnia u koleżanki spędzane na przesłuchiwaniu nagrań na starym magnetofonie i wygadywanie głupot przez telefon do obcych ludzi ;)

Karolina, Beata, Gośka i Aneta spędzały czas podobnie, przyjaźniąc się na swój pokręcony sposób i stale ze sobą rywalizując. Wszystkie już naznaczone bliznami skrzętnie ukrywanymi przed światem i sobą nawzajem, maskowanymi niejednokrotnie kłamstwem i bezczelnością. Każda z przyklejoną na stałe "metką"; córki ubeka, bogatej laluni, otyłej córki badylarza i pobożnej aż do bólu katoliczki; prześcigają się w próbowaniu rzeczy zarezerwowanych dla dorosłych, w zaspokajaniu ciekawości, w ślepym naśladownictwie i wyśmiewaniu zakompleksionych i pozostających w tyle. Wszystko do czasu gdy ich dorastanie zostanie naznaczone tragedią, nowymi pytaniami bez odpowiedzi i narastającym poczuciem winy, które każda z dziewcząt będzie się uparcie starała zagłuszyć przez następne dwadzieścia lat. Ale historia nie pozwoli tak łatwo o sobie zapomnieć, powróci w najmniej spodziewanym momencie, a nasze bohaterki staną przed koniecznością rozliczenia się z przeszłości przy jednoczesnym obserwowaniu rozterek dorastania własnych dzieci.

„Co będzie pamiętać moja córka z tych najstraszniejszych lat życia, kiedy jest się tak zupełnie pomiędzy jednym światem a drugim? Kiedy nie można polegać na nikim poza tak samo zagubionymi rówieśnikami, kiedy jedyną drogą do dorosłości jest eksperyment – z papierosami, z chłopakami, ze sprawdzaniem, ile wytrzyma drugi człowiek, zanim pęknie jak źdźbło grającej trawy, w którą ktoś niewprawny zbyt mocno dmuchnął. Czy za dwadzieścia lat jednej z dziewczynek chichoczących teraz w pokoju nie będzie, a pozostałe będą z uporem godnej lepszej sprawy udawać, że nigdy nie istniała?”

Na wielkie uznanie zasługuje przenikliwość i zmysł obserwacji autorki oraz oczywiście warsztat i sposób pisania prosty, a jednocześnie malowniczy. Czyta się doskonale, w wielu miejscach unosząc kąciki ust do góry z zadziwienia idealnie oddanymi realiami PRL-u. "Taka moja" jest ta książka, taka autentyczna. Choć prawdopodobnie identyczne odczucia będzie miało wielu czytelników, którym przyszło dorastać w latach osiemdziesiątych.

Apetyt na Kozłowską zaostrzył się ;) Muszę się koniecznie rozglądnąć za jej pierwszą książką i z chęcią sięgnę po pozycje, które wyda w przyszłości. A teraz szkoda mi trochę, że "Czerwony rower" jest pożyczony, bo z chęcią położyłabym go u siebie na regale na stałe :)

 
1 , 2 , 3 , 4