Literacko i fotograficznie. Wcześniej: w kąciku z książkami ...
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Teraz czytam:
O mnie
Ulubione blogi książkowe
Wyzwania czytelnicze:
Polecam:
(c) Copyright. Wszelkie prawa do tekstów i zdjęć zastrzeżone.
czwartek, 17 września 2009

Ostatnie dni są nieprzyjazne, naznaczone smutkiem i nostalgią. Pełne pytań "dlaczego?" i "jak to się mogło stać?" Zaistniałe wydarzenia nagle i niespodziewanie sprawiły, że wszystkie moje problemy wydały się małe i nic nieznaczące, a życie tak niewyobrażalnie kruche ... :(

Dziś będzie bardzo smutny dzień ... dlatego wdzięczna jestem Mary, Kotu Kreskowemu i Magicznam, że udało się Wam skierować moje myśli, choć na chwilę, na inne tory. I mam nadzieję, że mimo wszystko kreatywność w moim wydaniu nie okaże się skrajnie pesymistyczna ...

Więc, co by było ...

1. Gdyby ceny baryłek ropy i wody pitnej były identyczne?

Tankowalibyśmy wodę? Brzmi dobrze! Ale picie ropy w zamian to już mało zabawne się robi ;) Niech już lepiej zostanie bez zmian, tym bardziej, że nie wiadomo która cena zbliżyłaby się do której.

2. Gdyby zwierzęta były inteligentniejsze niż ludzie?

Wcale niegłupi pomysł! Jeśli już nie jest tak w wielu przypadkach ;)

3. Gdyby ludzie nie potrzebowali snu?

Byłoby więcej czasu na czytanie :) Ale z drugiej strony sen to wspaniała sprawa i bardzo potrzebna. Jak dla mnie wystarczyłoby, żeby mniej godzin snu wystarczało do pełnej regeneracji.

4. Gdyby ludzie nosili swoje domy na plecach, niczym żółwie?

Musielibyśmy się przestawić na zdecydowanie lżejsze budownictwo, bo dźwiganie murowanych domów skończyłoby się dla nas nieciekawie! Domy niech lepiej stoją sobie tak jak stoją, chodzenie z całym dobytkiem na plecach byłoby strasznie męczące, i nie można by już doświadczać radości wracania do domu.

5. Gdyby ludzie musieli spędzać co trzeci rok poza krajem swojego urodzenia?

Fantastyczny pomysł! Poznawanie nowych miejsc, kultur, ludzi to jeden z najprzyjemniejszych sposobów spędzania wolnego czasu. Ale jeszcze lepiej by było, gdyby wprowadzić obowiązek spędzania co trzeciego miesiąca poza miejscem pracy ... :)

I chyba nie wyszło tak źle, prawda? Wybaczcie, że nie wskażę konkretnych osób do kontynuowania łańcuszka, ale serdecznie zapraszam wszystkich, którzy mają na to ochotę.

środa, 09 września 2009

Eve Green – Susan Fletcher

Taka mała, niepozorna zielona książeczka, a taki ładunek emocjonalny!

Wydana przez Muzę w serii tête à tête, jest właśnie takim spotkaniem sam na sam: Evangeline ze swoją matką, a dokładniej z jej wspomnieniem. Spotkaniem niezwykle intymnym, osobistym i przejmującym, nie pozwalającym przejść obojętnie obok.

Eve spisuje swoje wspomnienia przesiadując w starym fotelu pod oknem domu ukrytego wśród wzgórz Walii. Wzgórz dziadków, matki i wreszcie jej własnych, które stały się niemym świadkiem bólu i łez, ale także miłości. Spisuje, by otworzyć się na nowe życie, które już pulsuje pod jej sercem. Spisuje, by pamiętać.

"Muszę zapamiętać to, co przyniosła śmierć matki, swoje uczucia, wszystkie drobne szczegóły. Zapisać każde spojrzenie, każde słowo szeptane do ucha. Jak upalne był lato. Jak nocami ćmy obijały się o szyby. Jak łatwo było skryć się w paprociach. Purpurowy odcień obolałej skóry. Oparzenia pokrzyw. Dotyk męskiej dłoni. Kłamstwa. Pożar."

Eve miała tylko matkę, którą straciła niespodziewanie w wieku siedmiu lat. Z tragedią, bólem i stratą zaczyna sobie powoli radzić na farmie dziadków otoczona ich miłością. Chociaż nie ułatwiają jej tego bieżące wydarzenia; zaginięcie innej dziewczynki i pamiętliwa nienawiść jednego z mieszkańców Cae Tresaint, powoli otwiera się na ludzi, a nawet znajduje przyjaciół. To tu uczy się nowych zasad i przeciw nim się buntuje. Z bezsilności popełnia błędy, które wytykać będzie sobie w dorosłym życiu. Tutaj szuka śladów swojego pochodzenia, odkrywa korzenie i wyjaśnienie dla swoich rudych włosów i delikatnej cery. A z zasłyszanych opowieści i pamiątek matki chowanych skrzętnie w pudełku po butach, składa w całość historię miłości rodziców.

"Pudełko po butach nie zawiera wyłącznie luźnych kartek. Są tam rozmaite przedmioty /.../ Symbole miłości /.../ Kiedyś wysypywałam je co jakiś czas na dywan. Z kubkiem herbaty lub szklaneczką whisky w ręku – w czasach przed ciążą – oglądałam je uważnie po kolei, podnosiłam ulubione. Czułam się zarazem smutna i szczęśliwa. Matka zbierała drobiazgi jak myszka. Przytulała się do nich, ogrzewała je. Trzymała je w stęchłej ciemności pod łóżkiem, w domu w Birmingham."

Większość z nas ma takie swoje pudełko, czy to dosłownie, czy w postaci osobnej szufladki na dnie pamięci. I pewnie wiele z nas mogłoby ubrać zawartość pudełek w piękne słowa i przelać na papier, a jednak zatrzymujemy je schowane głęboko tylko dla swoich oczu. Susan Fletcher na szczęście pozwoliła Eve mówić. I zrobiła to w zadziwiająco piękny subtelny sposób.

"Eve Green" to jedna z tych książek, których nie da się czytać szybko. Do których wraca się z zapałem, połyka kilka linijek, by już po chwili zupełnie bezwiednie zwalniać tempo i niespiesznie delektować się rzeczywistością malowaną poetycko przez autorkę. To historia, która zabiera nas na wietrzne walijskie wzgórza, daje czas by się zapatrzeć i zamyślić, z zakamarków niepamięci wyłowić najcenniejsze wspomnienia, poukładać je na nowo, zachować w sercu i czule ochraniać. Historia smutna do granic możliwości, a jednocześnie w niebywały sposób dodająca otuchy i rozgrzewająca od środka. To wreszcie historia, która daje nadzieję i pozwala uwierzyć, "że w końcu rany się zagoją, że pozostanie czysta biała blizna."

sobota, 05 września 2009

Wielu z Was pewnie zaskoczy, to, co napiszę na początku ... Wiedeń mnie nie zachwycił. Czy sprawił to ogrom miasta, niesamowite tłumy biegających i rozkrzyczanych turystów, czy nieznośny upał, który mocno utrudniał złapanie oddechu wśród tłumu, ale Wiedeń mnie zmęczył. A kto wie, może w innym czasie i przy nastawieniu tylko na stolicę Austrii moja opinia miałaby szansę wyglądać inaczej? Nie przywiązuję się więc do wspomnianego wrażenia, i liczę, że kiedyś pojawi się szansa, by je zmienić.

Za to Salzburg, hmm ... :)

Salzburg przywitał nas deszczem. Po wiedeńskim ukropie, wizja orzeźwienia bynajmniej nie była straszna, ale natura postanowiła sobie z nas zakpić, ochoczo wylewając wodę z nieba pełnymi wiadrami, tak iż drogi Salzburga płynęły niczym małe rzeki; by potem znienacka obłaskawić nas słońcem zza chmur na prawie cały czas zwiedzania miasta.

Pierwszy zapierający dech w piersiach widok, ukazał się już po zrobieniu kilku kroków. Nagle znaleźliśmy się w Ogrodach Mirabell, w otoczeniu posągów i fontann, wśród idealnie przyciętych żywopłotów i trawników pokrytych dokładnie zaplanowanymi kompozycjami kwiatów. Sam Zamek Mirabell pozostał nieomal niezauważony, gdyż z przeciwległego wzgórza dumnie spoglądała już na nas Twierdza Hohensalzburg.

Ogrody Mirabell

Twierdza od początków swojego istnienia pełniła funkcje obronne (a początki te sięgają aż XI wieku), chociaż była też siedzibą arcybiskupów a nawet więzieniem, ale co ciekawe, na przestrzeni tylu wieków istnienia nigdy przez nikogo nie została zdobyta. Do twierdzy można dostać się pieszo lub korzystając z pomocy kolejki, która wznosi się do góry pod niebywałym kątem. Niesamowita atrakcja! Ale zanim jej zakosztujemy, czeka nas niemniejsza przyjemność, w postaci spaceru po Starym Mieście.

Twierdza Hohensalzburg

Opuszczamy więc Ogrody Mirabell, przechodzimy przez Makartplatz mijając dom, w którym mieszkała rodzina Mozartów, przeprawiamy się na drugi brzeg jednym z mostów na rzece Salzach, a już po chwili znajdujemy się na Getreidegasse, najstarszej zabytkowej uliczce miasta i głowy musimy zadzierać do góry podziwiając czterokondygnacyjne kamienice ozdobione pięknymi kutymi godłami.

Dawno, dawno temu Getreidegasse zamieszkana była przez najbardziej wpływowych mieszkańców Salzburga. Ale ich życie bynajmniej do łatwych nie należało. Ulica była też głównym traktem, którym prowadzano bydło i dosłownie płynęła ... odchodami! Najznamienitsi Salzburczycy byli więc zmuszeni poruszać się w butach na wysokich platformach i wyjątkowo ostrożnie stawiać kroki, gdyż mała nieuwaga mogła pociągnąć za sobą bardzo śmierdzące konsekwencje ;)

Getreidegasse

Dziś stare kamienice mieszczą siedziby znanych marek, a zabytkowe herby służą im za szyldy. Czasem zmienione ostentacyjnie, a czasem w bardzo wyszukany sposób, jak na przykład gustownie wkomponowane, znane na całym świecie "M" w jednym z najpiękniejszych herbów na ulicy. Ulicy, która znana jest również z innego powodu. To właśnie tu, na trzecim piętrze kamienicy pod numerem dziewięć, 27 stycznia 1756 roku, przyszedł na świat Wolfgang Amadeusz Mozart, człowiek, bez którego Salzburg prawdopodobnie nie byłby tym samym miastem.

Plac Mozarta

Salzburg obowiązkowo musi mieć pomnik najbardziej znanego ze swoich mieszkańców. Znajduje się on nie gdzie indziej, jak na placu nazwanym również imieniem Mozarta, który łagodnie przechodzi w Plac Rezydencji ze wspaniałą fontanną, która podobno przewiduje pogodę ... ale jaki strumień wody ma przepowiadać słońce, a jaki deszcz, za nic w świecie nie mogę sobie przypomnieć ;)

Fontanna na Placu Rezydencji / Pomnik Mozarta

Centralnym miejscem Starówki jest Katedra Salzburska pod wezwaniem św. Ruperta, zbudowana w latach 1614-1628 w stylu barokowym, a będąca świadkiem takich wydarzeń, jak ślub rodziców Mozarta, jego chrzest oraz praca w charakterze nadwornego organisty.

Katedra Salzburska

Przed głównym wejściem do katedry znajduje się figura Matki Boskiej w otoczeniu aniołów. Robi wrażenie jak inne jej podobne, ale po stanięciu w odpowiednim miejscu można odkryć, że dwa inne anioły trzymają koronę nad głową Matki Boskiej, mimo że nie znajdują się nad nią, ale na fasadzie samej katedry.

Front Katedry

Wizytą we wnętrzu katedry miało się zakończyć zwiedzanie Salzburga, ale kilkuosobowa ekipa samozwańców nie dała za wygraną, i zamiast w wolnym czasie kupować pamiątki, postanowiła zdobyć Twierdzę! Nie wystraszyła nas nawet matka natura, która pokazała swoje humory i chlusnęła deszczem dokładnie w chwili, gdy ustawiliśmy się w kolejce do kolejki na górę ;) I warto było! Warto! Dopiero z góry można było w całej okazałości dostrzec piękno Starówki umieszczonej na liście światowego dziedzictwa kultury UNESCO, i jej niezwykłą gęstą zabudowę z wykorzystaniem każdego kawałka ziemi.

Panorama Salzburga

Zlane deszczem dachy zabytków dodały im tylko dodatkowego blasku. A ileż uboższe byłyby wspomnienia z Salzburga bez tego wyjątkowego widoku ...

wtorek, 01 września 2009

Zafundowałam sobie mały powrót do szkoły, ale wbrew pozorom nie ma on nic wspólnego z dzisiejszą datą w kalendarzu ;) Pomyśleć, że dawno temu mity greckie czy rzymskie przyprawiały mnie o niemały ból głowy, a tu teraz z własnej nieprzymuszonej woli, na bibliotecznej półce z literaturą irlandzką wyszperałam i do domu przywlokłam nic innego jak...? Jak mity właśnie! Tyle że celtyckie i w nowych interpretacjach.

Wielu współczesnych autorów podjęło się opowiedzenia na nowo swoich ulubionych historii, a sześć takich historii, jak do tej pory, wydało Wydawnictwo Znak w serii Mity. Autorami są: Olga Tokarczuk, Jeanette Winterson, Wiktor Pielewin, Karen Armstrong, Margaret Atwood i Alexander McCall Smith, który w nowe piórka ubrał opowieść o Angusie, Angusie od snów.

„Angus był bogiem miłości, bogiem młodości i bogiem snów. Kochał Angusa każdy, kto go spotkał; nie było wyjątków. Ludzie zatrzymywali go na drodze, prosząc, aby im zesłał sen o osobie, którą pokochają, a on zawsze spełniał ich prośbę, nigdy nie odmawiał. Jeśli prosiła go o sen dziewczyna lub kobieta, dostawała w dodatku pocałunek, a pocałunek ten zmieniał się w małego ptaszka, który fruwał wkoło jeszcze przez chwilę, poczym znikał porwany wiatrem, pozostawiając tych, co to widzieli, w niepewności, czy aby nie zmyślili sobie całego zdarzenia.”

Angus był synem groźnego boga Dagdy i mieszkającej w wodzie Boanne. Zrodzony z podstępu, wykradziony matce i wreszcie oddany na wychowanie bratu, by ojcu swemu nie czynić konkurencji i nie skupiać na sobie całej uwagi otoczenia. Już w samej podstawie mitu autor nie trzyma się kurczowo oryginału, dodaje coś od siebie i ubarwia od samego początku. Ale właściwa nowa interpretacja przejawia się w przeplataniu głównej opowieści nawiązującymi historiami, które dzieją się współcześnie, głównie w Szkocji, ale też na przykład na Bahamach. Odwołania nie są jednoznaczne, często przejawiają się w niewielkich szczegółach. Bohaterowie odkrywają w sobie podobieństwo do Angusa, lub do jego losów, często mają jego imię. W innych wątkach Angus przejawia się przez swoje nadzwyczajne, boskie przymioty, postacie literackie śnią cudne sny, które potem pomagają im kierować życie na właściwe tory. Okazuje się, że sen może stać się rodzajem terapii, skutecznej zresztą, i uratować złamane serca i małżeństwo.

Bardzo przyjemna, krótka bajkowa opowieść, może nie porywająca, ale przyjemna. Pozostaje co prawda mały niedosyt, wyglądanie jakiegoś dalszego ciągu i lekka irytacja w stosunku do autora w kilku miejscach ... ale to 150 stron nie było już stracone jak poprzednio ;) Pytanie co zrobić na koniec? Poprosić Angusa, by zesłał jakiś sen? Czy tylko uśmiechnąć się pod nosem na wspomnienie świń patrzących w niebo i zakochanych par zamieniających się w łabędzie ...? :)

niedziela, 30 sierpnia 2009

Pierwsza wyprawa w ramach Wyzwania Peryferyjnego okazała się być wyprawą do Peru. Wybór totalnie przypadkowy, w Peru (czytelniczo oczywiście ... a podróżniczo tym bardziej ;) jeszcze nie byłam (ewentualnie sobie nie przypominam), a mnogości książek Mario Vargasa Llosy od dłuższego czasu przyglądałam się z zaciekawieniem. Nie było ono na tyle duże, by coś zakupić, ale wypożyczyć to i owszem. Nie wiedząc co mnie czeka, z półki bibliotecznej z premedytacją wybrałam najcieńszą z jego książek. Myślałam że takie 150 stron będzie prawie na jeden wieczór... Nie uwierzycie! Męczyłam ponad tydzień! I właściwie gdyby nie wyzwanie, na pewno rzuciłabym książką w najdalszy kąt! O tym dlaczego, za chwilę.

Na okładce czytamy:

„Kiedy w makabryczny sposób zostaje zamordowany młodziutki śpiewak boler, tropem zbrodniczej zagadki podąża dwójka nietypowych policjantów. Silva, mistrz dedukcji, który potrafi skłonić do mówienia najbardziej opornych milczków, oraz Lituma, poznający arkana policyjnej sztuki asystent o bogatej wyobraźni. Wszystko wskazuje na to, że morderstwo popełniono z namiętności. Cóż jednak może wobec siły miłości, szaleństwa i pasji uczynić Silva, sam ogarnięty obsesją, której ucieleśnieniem jest znacznie od niego starsza mężatka o rubensowskich kształtach? "Kto zabił Palomina Molero?" jest nietypową powieścią detektywistyczną, w której zapadłe mieściny Peru tętnią namiętnością, zakazana miłość prowadzi do zbrodni, a rozwiązywanie zagadki to subtelnie poprowadzona dyskusja o istocie zła i kłębowisku uczuć.”

Gdy już po lekturze patrzę na ten tekst nie mogę się oprzeć wrażeniu, że czytałam coś zupełnie innego. No może z wyjątkiem dwóch szczegółów... Morderstwo naprawdę było makabryczne...

„Chłopak był jednocześnie powieszony i przybity do starego drzewa chleba świętojańskiego w pozycji tak absurdalnej, że przypominała bardziej stracha na wróble lub przerażoną kukłę niż trupa. Przed albo po zabiciu rozerwano go na strzępy z bezgranicznym okrucieństwem: usta miał rozcięte, nozdrza rozerwane, skrzepy zaschniętej krwi, siniaki i rozdarte rany na całym ciele, ślady po oparzeniach papierosami i jakby tego było mało, próbowano go wykastrować, ponieważ jego jądra zwisały prawie do połowy uda.”

... A policjanci zdecydowanie nietypowi. Młody Lituma właściwie jedynie toczył się za swoim przełożonym, i owszem dużo myślał, ale niewiele robił. Porucznik Silva natomiast, zwany powyżej mistrzem dedukcji, sprawiał raczej wrażenie jakby zgadywał, a do mówienia zmusił aż jedną osobę, która była tak przerażona tym co wie, że śpiewała wszystko jak na spowiedzi. Rzekoma obsesja Silvy, w moim odczuciu, powodowana była bardziej niemożnością zdobycia doñi Adriany, a całe niesamowite uczucie i zaloty porucznika, nawet nie śmieszne, a wręcz żałosne. W ogóle miłości, szaleństwa i pasji mamy tu jak na lekarstwo. I nie wiem czy to wina wszechogarniającego skwaru, ale w mojej mieścinie dopatrzyłabym się więcej tętniącej namiętności, niż w peruwiańskiej Talarze czy Piurze, malowanej przez autora. Historia, podobnie jak śledztwo, ciągnie się niemiłosiernie, leniwie i opieszale. I zupełnie nie była w stanie mnie zainteresować, wręcz wynudziła okrutnie.

A co Wy myślicie? Recenzji Mario Vargasa Llosy na blogach nie widać za wiele... Czytacie? Lubicie? A jeśli tak, to co polecacie, żeby choć trochę zmienić zdanie? :)

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Jestem. Już jestem :) Wróciłam i od razu ponawiam moją obietnicę poprawy, w najbliższym tygodniu wracam też z nowymi książkowymi notkami :)

Po powrocie oczywiście praca wciągnęła mnie w szalony wir obowiązków i nie dała ani chwili oddechu, ale dziś już jest czas, by na spokojnie powspominać :) I dziś o pracy ciiichooszaaa... nie będzie ani słowa :) Będzie za to o cudownym, inspirującym zmęczeniu, o bolących stopach od codziennie przemierzanych kilometrów, o śniadaniach w okolicach siódmej rano, co w normalnych warunkach jest dla mnie nie do pomyślenia, o dosypianiu w autokarze i zasypianiu natychmiast po przyłożeniu głowy do poduszki :) Wygląda jakbym narzekała? Nic bardziej mylnego moi drodzy! Wyjątkowe nagromadzenie atrakcji, szybkie tempo zwiedzania i zero czasu na myślenie sprawiło, że u kresu wyprawy czułam się jakby trwała nie tydzień, a przynajmniej trzy! W tydzień przemierzyłam Austrię od Wiednia przez Salzburg aż do Innsbrucku, zwiedzając zabytki i podziwiając cuda natury w postaci porażających swoim ogromem Alp, by na koniec przekroczyć granicę i wpaść na krótką chwilę do Bawarii.

Mam zamiar wrócić do tych wspomnień i gdzieś między notkami o książkach opowiedzieć Wam i pokazać najciekawsze fragmenty wyprawy. A na początek kilka widoków zza szyby, które towarzyszyły mi przez większość podróży. Mam nadzieję, że zachwycą Was równie mocno jak mnie :))

niedziela, 09 sierpnia 2009

Takie stworzonka nieustannie mnie zachwycają, mimo że małych kociąt i szczeniąt, przez nasz dom, przewinęło się już wiele. I chociaż i słodziak ze zdjęć zapewne niedługo znajdzie nowy dom, po prostu nie mogłam się powstrzymać, żeby tym cudem się z Wami nie podzielić :))

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12