Literacko i fotograficznie. Wcześniej: w kąciku z książkami ...
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Teraz czytam:
O mnie
Ulubione blogi książkowe
Wyzwania czytelnicze:
Polecam:
(c) Copyright. Wszelkie prawa do tekstów i zdjęć zastrzeżone.
sobota, 17 października 2009

Jasne błękitne okna – Edyta Czepiel

"To jak sen, kochanie jak sen, wystarczy, że zamkniesz oczy,
a ja jak cień, kochanie jak cień, będę wyła po nocy.
To jak sen, kochanie jak sen, którym będziemy się dzielić,
by jak te ćmy, jak para ciem, poszukać światełka w tunelu.
To ci się śni, śni się mnie,
dopóki śnimy, żyjemy w tym śnie.
Niech nikt nas budzić nie próbuje,
bo życie odbierze, życie popsuje.

To jak sen, kochanie jak sen, co chroni nas nocy mocą.
I ty to wiesz, i ja to wiem, że nigdy dość tych nocy." *

 

Filmowa wersja "Jasnych błękitnych okien" miała premierę w styczniu 2007 roku. Nie miałam wtedy pojęcia jaki to ciężar gatunkowy, dlatego nie umiem wytłumaczyć z jakiego powodu tak bardzo chciałam ją zobaczyć. Nie zdążyłam. Przynajmniej wtedy. Za to nieomal natychmiast po upływie krótkiego czasu wyświetlania filmu w kinach, jakby na pocieszenie nabyłam książkę Edyty Czepiel. Przeczytałam kilkanaście stron i ... odłożyłam na półkę.

W KOLOROWYM WYZWANIU obiecałam książce drugą szansę. Znów nie zdążyłam. Skończyłam w pierwszych dniach października, a zaraz potem wreszcie obejrzałam film. I jeśli mam być zupełnie szczera, muszę powiedzieć, że i jedno i drugie mnie zawiodło. A gdybym moją opinię napisała od razu o dwóch obrazach z osobna, na książce nie pozostałaby sucha nitka, na filmie może ze trzy. Czas pozwolił się im trochę przegryźć i przetrawić a równocześnie dopełnić.

Przyjaciółki. Sigita i Beata znają się od małego, wychowały się w tym samym prowincjonalnym miasteczku, które dalej jest domem dla pierwszej, a dla drugiej wstydliwym wspomnieniem. Dzieciństwo Beaty nacechowane jest alkoholizmem ojca i z góry skazanymi na klęskę staraniami zahukanej matki. Dom Sygity z pozoru bardziej cywilizowany, to zimna i niedostępna matka oraz ojciec, który bardziej niż ludzi ceni kury! Sytuację ratuje pies Król i nieograniczony dostęp do czekolady. I oczywiście przyjaźń – ta jest ratunkiem dla obu dziewczynek. Dorosłość, jak to często w życiu bywa, przynosi rozstanie, niestety też zapomnienie. Dopiero fatalny wywiad telewizyjny i z jego powodu wykonany telefon stają się impulsem do spotkania po latach. Więcej już powiedzieć nie wolno, odtąd każde dodane słowo mogłoby zdradzić za dużo. Zamilknę więc.

Mówiono mi, że książka jest przeraźliwie smutna, mówiono, że trudno doczytać ją do końca z powodu tego smutku właśnie. I było bardzo trudno, chociaż z zupełnie innych powodów. Tragizm porażał i jednocześnie jawił się niczym science fiction, tak trudno było uwierzyć w jego wielkie nagromadzenie. Całość bardzo ciężkostrawna, i to bynajmniej nie z powodu zawartości, ale przez sposób podania. Suche i powierzchowne podejście do tematu odrzuca mimo kwiecistego języka. Tak kwiecistego, że czasem trzeba przeczytać fragment dwukrotnie, by zrozumieć. Jednak najgorsze jest to, że nie wzrusza. Sama do siebie miałam pretensje, że nie umiem się przejąć losem bohaterek. Do tego doszło!

Jasne błękitne okna, reż. Bogusław Linda

Po filmie też spodziewałam się więcej. Typowe skrócenie fabuły w tym wypadku jest bardzo korzystne. Film przynajmniej nie ciągnie się niemiłosiernie jak książka. Za to jest dokładnie tak samo przerysowany w kwestiach biedy i krzywd, a dodatkowo warszawskiego showbiznesu. Podobały mi się fragmenty bez gry aktorskiej, jedynie z głosem narratorki, oglądającej świat z góry przez jasne błękitne okno, które prawdopodobnie robi się na niebie, gdy przestanie padać. Główne role Joanny Brodzik i Beaty Kawki są mało przekonujące a obecności Bogusława Lindy na ekranie lepiej w ogóle nie komentować. Film ratują aktorzy drugiego planu oraz małe odtwórczynie ról Beaty i Sygity z dzieciństwa. Ponad wszystko zaś ratują go piękne zdjęcia i niesamowita muzyka. Ale porównanie filmu Lindy do "Porozmawiaj z nią" Pedro Almodovara, które możemy znaleźć na okładce książki, jest tak grubą przesadą, że aż boli!

Film oceniam wyżej od książki, chociaż przesłonił mi on część negatywnych wrażeń po lekturze, wobec której dziś nie jestem już aż tak krytyczna. Z drugiej strony już się nie dowiem, jakbym odebrała film bez wcześniejszego przeczytania książki. I mam dylemat, bo z jednej strony chciałabym bardzo poznać wrażenia i odczucia innych, a z drugiej nijak nie jestem w stanie polecić wam żadnego z obrazów.

 

* Kasia Nosowska "Piosenka kobieca". Posłuchać można TUTAJ.

czwartek, 15 października 2009

Paradoksalnie napisane w samym środku kalendarzowej jesieni, która właśnie sypnęła śniegiem... Zima w tym roku postanowiła zaskoczyć wszystkich, nie tylko drogowców ;) I niby mówili coś o opadach, ale w życiu nie pomyślałabym, że w połowie października przyjdzie mi się przedzierać do domu przez zaspy nieomal do kolan!! Paranoja jakaś! Gdzie jest piękna polska złota jesień?? Ja protestuję, mówię kategoryczne NIE! Proszę nam oddać kolorowe szurające liście i słoneczko! Dobra, słoneczka trochę oddam sobie sama, i Wam też:)

Wróćmy więc do lata... Mamy 12 sierpnia 2009, jesteśmy w Austrii, za nami już Wiedeń i Salzburg, o którym pisałam TUTAJ, czas zapuścić się w Alpy :) Lądujemy w niewielkim Zell am See, uroczym miasteczku nad jeziorem wśród gór, będącym ważnym ośrodkiem sportów zimowych.

Pobudka o nieludzkiej porze i śniadanie planowane na 06:30 brzmiało jak makabreska, ale gdy poranek wita człowieka takim widokiem oczy otwierają się same :)

Góra przed nami to lodowiec Kitzsteinhorn (3203 m n.p.m.), nasz dzisiejszy cel. Po spacerze nad osnutym jeszcze poranną mgłą jeziorem Zeller See przemieszczamy się do leżącego nieopodal Kaprun, pakujemy się w kolejkę (a raczej system kolejek) i ruszamy w górę.

Brzmi prosto, ale pytań w głowie cała masa. Nigdy nie byłam aż tak wysoko, nie wiem jak się zachowa organizm, obawiam się skoków ciśnienia czy chociażby zatkanych uszu. Ale jestem tu, kupiłam bilet i nie ma odwrotu! Poza tym stracić taką okazję byłby szczytem głupoty ;)

Pierwszy wagonik (widoczny jako mały niebieski punkt na zdjęciu) dostarcza nas w kilkanaście minut na wysokość 1976 m. Widać jeszcze niewiele, wokół zielono, okoliczne góry zalesione. Bez zbędnego rozdrabniania się jedziemy dalej. Drugi postój to wysokość 2452 m. Ktoś, kto nie zaniemówi na ten widok musiał widzieć już wszystko. Ja zaniemówiłam...

Nie chce się wierzyć, że można jeszcze wyżej, że może być jeszcze piękniej! Ostatnia stacja kolejki znajduje się na 3029 m n.p.m. Dotarłam i ... zobaczcie sami!

Na dole ponad 20 stopni, pogoda na krótki rękawek, ale na górze zdarzyć może się wszystko, a w ciągu ok. 40 minut, które zajmuje wyjazd, pogoda może się zmienić o 180 stopni. Szczęście dopisało :) Bez polara wybierać się nie polecam, nam przydały się jeszcze wiatrówki, ale i okulary przeciwsłoneczne. Deszcz nie padał, śnieg nie sypał, chociaż oczywiście leżał na stoku ciesząc narciarzy, którzy mogą szusować na lodowcu 365 dni w roku. Było ich zresztą niemało i pozostawiali po sobie ślady w postaci solidnie porysowanych nartami szyb wagoników. Jedyną niedogodnością okazał wiatr, który powodował stały ruch chmur i na bieżąco zmieniał widoczność. Przewiało nas na siódmą stronę, a łapki marzyły o rękawiczkach zmęczone moją zachłannością na niezliczoną ilość zdjęć :) Ale dla takich atrakcji zniosłabym i wiele więcej :)

Dzień był mega intensywny a wrażeń ciągle mało ;) Pokonujemy kolejne kilkadziesiąt kilometrów by dotrzeć do Krimml. Miasteczko położone jest na 1076 m n.p.m., szlak prowadzi nas do góry, na 1470 m, skąd rzeka Krimml spada w dół trzema kaskadami na łącznej wysokości 380 metrów. Wszystko razem czyni wodospady najwyższymi w Europie i plasuje je w pierwszej dziesiątce najwyższych wodospadów świata. Dotrzeć można do startu górnego wodospadu, co, jak mówią przewodniki, powinno zająć około 2 godzin. Ale prawda jest taka, że jak się chce zatrzymywać na prawie każdym tarasie widokowym i chłonąć niezwykłości ukazujące się przed oczami, to dotarcie w takim czasie jest kompletnie nierealne ;)

Wodospady spadają w dół z ogromną siłą spienionej wody, która tylko niekiedy na moment między kaskadami ukazuje swój niezwykły kolor w odcieniach jasnego turkusu i seledynu. Siła wody połączona ze zbytnią ciekawością daje rezultat w postaci mokrej głowy ;) A i aparat trzeba ratować w wielu miejscach ;) Za to w nagrodę można zobaczyć niezwykłe efekty połączenia unoszących się kropelek z padającymi promieniami słońca, którego mieliśmy w tym dniu pod dostatkiem :) Takiej ilości tęcz mniejszych i większych w jednym miejscu nigdy wcześniej nie miałam okazji oglądać!

Polecam gorąco zobaczenie przedstawionych miejsc na własne oczy. A jeśli ktoś z was ma ochotę na większą ilość zdjęć z mojej wyprawy, to zapraszam do obejrzenia galerii :)

  • Zell am See
  • Lodowiec Kitzsteinhorn
  • Wodospady Krimml
poniedziałek, 12 października 2009

"Wyjście z Egiptu to jedna z najpiękniejszych sag rodzinnych, jakie kiedykolwiek czytałem. Z wyjątkowym pietyzmem, miłością i talentem opisuje André Aciman dzieje zamożnej żydowskiej rodziny, która przybyła do Egiptu z Konstantynopola na początku XX wieku. Jego książka to wzruszająca podróż do niegdysiejszej Aleksandrii, spacer po jej zachwycających dzielnicach, ulicach i pałacach. W tej zaczarowanej scenerii poruszają się barwni bohaterowie autobiograficznej powieści Acimana."

Opisy na okładkach książek bywają różne, czasem akuratne, czasem na wyrost, nierzadko przesadnie ubrane w reklamowe szatki, tak, że po przeczytaniu trudno nam się pozbyć wrażenia, że czytaliśmy coś zupełnie innego. Ale w powyższych czterech zdaniach, w moim odczuciu, nie ma żadnej przesady. Wreszcie opisem na okładce zdecydowanie warto się zasugerować! A nawet trzeba!

Nie będę owijać w bawełnę, bałam się tej książki, bałam się jak diabli. Okładka nie pozostawiała złudzeń a wyobraźnia szalała. Czułam, że będzie trudno, tragicznie i przerażająco smutno. I smutno było niejednokrotnie, ale ów smutek przesycony był nostalgią tak niewyobrażalnie ciepłą, że trudno znaleźć słowa, by ją wyrazić. Pozostaję pod ogromnym wrażeniem, chociaż skończyłam czytać ponad miesiąc temu. I nie przestaję się dziwić wyjątkowej wrażliwości autora, dorosłego przecież mężczyzny, który swoją opowieść przedstawia z punktu widzenia dziecka, którym był, gdy opowiadane wydarzenia miały miejsce. Naprawdę warto oddać mu głos, warto usiąść wygodnie w fotelu i pochłonąć te nieco ponad trzysta stron historii rodziny André Acimana.

A jeśli kogoś z was przytłoczy odrobinę natłok bohaterów pierwszego rozdziału, jeśli trudno będzie się wam połapać w mnogości wujów i ciotek i nadziwić nie będziecie się mogli ilości języków, których zaczynali się uczyć, krajów, do których przybywali i które opuszczali, a także zajęć, których się podejmowali, uwierzcie mi – to minie. Nie obejrzycie się nawet, jak otoczy was gwar kosmopolitycznej Aleksandrii, której ulice będziecie pokonywać tramwajem lub pieszo, a zaglądając przez okna domostw uśmiechać się będziecie obserwując ich temperamentnych mieszkańców, będących mieszanką wielu kultur, narodowości, języków i grup społecznych, którzy to czynili Aleksandrię miejscem tętniącym życiem i przesyconą zapachami...

"w każdym domu obecny jest jakiś etniczny zapaszek /.../ w Aleksandrii, kierując się węchem, bez trudu można orzec, z kim ma się do czynienia; ledwie uchwytny zapach parmezanu, gotowanych karczochów i borekas mówi, że domostwo zamieszkane jest przez /.../ sefardyjczyków, woń wędzonego pastrami to znak, że w kuchni królują Ormianie, grecki salon zaś można rozpoznać po zapachu mirry, a dom włoski po woni smażonej cebuli i rumianku."

Ta książka jest wyrazem umiłowania detali, małych rzeczy, które łatwo przegapić w codziennej krzątaninie, a które wrażliwa dusza potrafi umiejętnie wychwycić, zachować i nawet przelać na papier.

"W brodę drapał mnie miło nowy sweter; ciepły i dziwnie kojący zapach świeżej wełny zapowiadał długie wieczory w herbaciarni, świąteczne zakupy i bożonarodzeniowe prezenty. Jeszcze raz potarłem brodą o sweter, myśląc już o ciastkach i gorącej czekoladzie w Délices, największej cukierni w Aleksandrii, gdzie mieliśmy się spotkać z ciotką Florą, a potem również z ojcem, by w przyćmionym pomarańczowym świetle, przy tym samym co zwykle stoliku, delektować się widokiem starego portu, czekając na zamówione łakocie, które kelnerzy przynosili na olbrzymich półmiskach."

Wieczorów i popołudni w kawiarniach czeka nas niemało, jak również niemało dni spędzanych w domu nad morzem w otoczeniu konkurujących babć i mamy, którą kochać nie zawsze było łatwo, bo miłość ta mieszała się ze wstydem i zażenowaniem z powodu jej ułomności. Ale czeka nas też wiele sporów i kłótni, których w wielokulturowej mieszance przecież nie sposób uniknąć, a które jednak znikały w obliczu kryzysu i ustępowały miejsca jedności i solidarności, tak że mały André mógł zapamiętać nawet trudne czasy w pozytywny sposób.

"Czułem, że będę tęsknić do tych nocy – nie do wojny, ale do chwil spędzonych w ciemności, nie do ciotek i wujów, ale do aksamitnego szmeru ich głosów, gdy gromadziliśmy się wokół radia i szeptem wyrażali swoje myśli, jak gdyby obawiając się, że wróg może je też usłyszeć. To ta przymusowa ciemność nadawała kształt wspólnym wieczorom, przedłużając kolacje, gdyż nie widząc talerzy, zmuszeni byliśmy jeść wolniej niż zazwyczaj. Zaciemnienie przerywało podwieczorki, grę w karty, rozmowy, kłótnie, płacz i wizyty, narzucając naszemu życiu ceremonialny, niemal liturgiczny nastrój, który podkreślał przypominający woń kadzidła zapach nafty lub palącego się oleju."

Powieść Acimana można odebrać na wielu płaszczyznach. Dla mnie okazała się być przede wszystkim nostalgiczną wyprawą z barwnymi bohaterami do miejsca, którego już nie ma; ale również umiejętnie przekazała lekcję historii, której oczekiwałam. Ta opowieść ciągle we mnie żyje, układa się i trawi na nowo pomnażając radość z lektury, która mam nadzieję, będzie też udziałem kolejnych jej czytelników.

piątek, 02 października 2009

Takie właśnie okazało się moje KOLOROWE WYZWANIE. Ale wróćmy do tego jakie miało być:

  • Jasne błękitne okna - Edyta Czepiel
  • Czerwony rower - Antonina Kozłowska
  • Połówka żółtego słońca - Chimananda Ngozie Adichie

Wynotowałam sobie jeszcze listę kolorowych lektur rezerwowych, po które od dawna chciałam sięgnąć a część z nich nawet zdobyłam do swojej biblioteczki. Ostatnie wakacje okazały się jednak nie być najszczęśliwszym czasem na czytanie i prawdę mówiąc za wyzwaniowe pozycje zabrałam się na poważnie dopiero we wrześniu. Skończyło się tak:

Dwie na trzy planowane przeczytałam. Nie jest źle, tylko szkoda trochę, że na podstawowej trójce się skończyło, liczyłam, że uda się więcej. "Jasne błękitne okna" doczytuję obecnie i nawet planowałam skończyć wczoraj i naciągnąć troszkę koniec wyzwania, ale sen mnie zmorzył i już kombinować nie będę ;) Doczytam i opiszę już na spokojnie poza wyzwaniem.

Cieszy mnie natomiast niezmiernie fakt, że wszystkie przeczytane książki okazały się wprost wyśmienite! Każda na swój sposób, każda trochę inaczej, ale wszystkim trzem udało się mnie zachwycić, w związku z czym serdecznie polecam je Waszej uwadze :)

Niniejszym zamykam moje pierwsze wyzwanie czytelnicze. Padmie dziękuję ślicznie za organizację a wszystkim uczestnikom za wymianę opinii i wrażeń oraz inspirujące recenzje!

Do przeczytania na Peryferiach :)

środa, 30 września 2009

Jak dobrze, że opis z okładki tej książki nie mówi zbyt wiele. Jak dobrze, że zbyt wiele szczegółów nie wyczytałam w recenzjach, które pojawiły się przed moją. Na całe szczęście nie miałam zielonego pojęcia jaką tajemnicę z przeszłości skrywają bohaterki. Bo gdybym wiedziała, z pewnością trzymałabym się od tej historii z daleka, spodziewając się, że zaogni jeszcze bardziej bolesne i tak świeże rany, które co dopiero spowodowała rzeczywistość wokół mnie... Więc na szczęście (!) nic nie wiedziałam, i dzięki temu nie skreśliłam książki tylko przez smutne skojarzenia, które mogła nasunąć. I chociaż tych ostatnich nie sposób było uniknąć, lektura sprawiła mi niekłamaną przyjemność i dobrze się stało, że miałam okazję po nią sięgnąć.

Antonina Kozłowska, dziennikarka, tłumaczka i pisarka, autorka dwóch blogów, które podczytuje tak wiele z nas :), napisała książkę pełną śladów polskiej rzeczywistości lat 80-tych XX wieku, i pełną wnikliwych rozważań na temat dziewczyńskiego dorastania, z wszystkimi jego buntami, konfliktami i pytaniami, na które odpowiedzi daje w pierwszej kolejności podwórkowe życie między rówieśnikami.

Choć nie w Warszawie, a na południu Polski, i ja wychowałam się w miejscu podobnym do tego z powieści, "gdzie błotniste uliczki wiły się leniwie pomiędzy domkami z cegły, drewna i nowymi osiedlami szeregowych klocków, które wyglądały jakby ktoś pociął blok z wielkiej płyty na cienkie plasterki, ustawił je obok siebie, i dodał dywanik zielonej trawy od frontu." I chociaż jestem kilka lat młodsza od bohaterek i świat "na kartki" znam raczej z opowieści rodziców, jednak pamiętam czasy, gdy jeansy z Pewexu dostępne były dla nielicznych a dzieciaki jeździły po podwórku na składakach, a nie najnowszych modelach rowerów górskich. Z rozrzewnieniem wspominam moje pierwsze "czeszki", lemoniadę w woreczkach pitą przez rurkę, popołudnia u koleżanki spędzane na przesłuchiwaniu nagrań na starym magnetofonie i wygadywanie głupot przez telefon do obcych ludzi ;)

Karolina, Beata, Gośka i Aneta spędzały czas podobnie, przyjaźniąc się na swój pokręcony sposób i stale ze sobą rywalizując. Wszystkie już naznaczone bliznami skrzętnie ukrywanymi przed światem i sobą nawzajem, maskowanymi niejednokrotnie kłamstwem i bezczelnością. Każda z przyklejoną na stałe "metką"; córki ubeka, bogatej laluni, otyłej córki badylarza i pobożnej aż do bólu katoliczki; prześcigają się w próbowaniu rzeczy zarezerwowanych dla dorosłych, w zaspokajaniu ciekawości, w ślepym naśladownictwie i wyśmiewaniu zakompleksionych i pozostających w tyle. Wszystko do czasu gdy ich dorastanie zostanie naznaczone tragedią, nowymi pytaniami bez odpowiedzi i narastającym poczuciem winy, które każda z dziewcząt będzie się uparcie starała zagłuszyć przez następne dwadzieścia lat. Ale historia nie pozwoli tak łatwo o sobie zapomnieć, powróci w najmniej spodziewanym momencie, a nasze bohaterki staną przed koniecznością rozliczenia się z przeszłości przy jednoczesnym obserwowaniu rozterek dorastania własnych dzieci.

„Co będzie pamiętać moja córka z tych najstraszniejszych lat życia, kiedy jest się tak zupełnie pomiędzy jednym światem a drugim? Kiedy nie można polegać na nikim poza tak samo zagubionymi rówieśnikami, kiedy jedyną drogą do dorosłości jest eksperyment – z papierosami, z chłopakami, ze sprawdzaniem, ile wytrzyma drugi człowiek, zanim pęknie jak źdźbło grającej trawy, w którą ktoś niewprawny zbyt mocno dmuchnął. Czy za dwadzieścia lat jednej z dziewczynek chichoczących teraz w pokoju nie będzie, a pozostałe będą z uporem godnej lepszej sprawy udawać, że nigdy nie istniała?”

Na wielkie uznanie zasługuje przenikliwość i zmysł obserwacji autorki oraz oczywiście warsztat i sposób pisania prosty, a jednocześnie malowniczy. Czyta się doskonale, w wielu miejscach unosząc kąciki ust do góry z zadziwienia idealnie oddanymi realiami PRL-u. "Taka moja" jest ta książka, taka autentyczna. Choć prawdopodobnie identyczne odczucia będzie miało wielu czytelników, którym przyszło dorastać w latach osiemdziesiątych.

Apetyt na Kozłowską zaostrzył się ;) Muszę się koniecznie rozglądnąć za jej pierwszą książką i z chęcią sięgnę po pozycje, które wyda w przyszłości. A teraz szkoda mi trochę, że "Czerwony rower" jest pożyczony, bo z chęcią położyłabym go u siebie na regale na stałe :)

poniedziałek, 28 września 2009

"Jeśli słońce nie zechce wstać, zmusimy je, żeby wstało."

Wielkie WOW ciśnie mi się na usta, gdy myślę o tej książce! I boję się, bo nie wiem, czy będę w stanie oddać jak należy, to jak ogromne zrobiła na mnie wrażenie! Tym bardziej, że nie od początku tak było... Bo o ile od pierwszych stron czytałam z niezmiennym zainteresowaniem, to jednak bardzo długo byłam jakby obok wydarzeń, nie umiejąc się znaleźć w ich środku. Pewnie spowodowały to różnice kulturowe i brak punktów odniesienia, ale zapewne też fakt, że żadnego z bohaterów nijak nie byłam w stanie polubić. Irytowała mnie wyniosłość i duma młodych intelektualistów i wyższość z jaką traktowali swoich ubogich krewnych ci, których byt niespodziewanie się polepszył. Jednak doświadczenia jakie ich dotknęły nie mogły nie odbić się echem na ich postrzeganiu świata, nie mogły pozostawić obojętnej i mnie, mniej więcej od połowy chłonącej i przeżywającej tę historię dosłownie całą sobą.

Ale wróćmy do początku...

Jesteśmy w Nigerii na początku lat 60-tych XX wieku. Nasi główni bohaterowie to w dużej mierze przedstawiciele młodego pokolenia nowobogackich mieszkańców tego kraju. Wykształcone bliźniaczki Olanna i Kainene, różniące się od siebie jak przysłowiowa woda i ogień, zatracają coraz bardziej łączącą ich więź. Jedna piękna i łagodna chce się poświęcić karierze naukowej, druga pełna ekstrawagancji podejmuje się prowadzenia interesów ojca. Pierwsza wiąże swoje losy z zaangażowanym politycznie intelektualistą Odenigbem, gdy druga wybiera Richarda, brytyjskiego dziennikarza zafascynowanego kulturą egzotycznej Nigerii. Niemniej ważną postacią jest służący Odenigba, trzynastoletni Ugwu, wyrwany do swojej nowej roli z małej wioski, z pełnym zaangażowaniem dbający o swojego pana.

Autorka posługując się narracją w trzeciej osobie, pokazuje nam wydarzenia z punktu widzenia każdego bohatera. Poznajemy ich charaktery, elementy z przeszłości budujące teraźniejszość, ale też relacje i powiązania. Obserwujemy wierzenia, tradycje i zabobony prostego ludu Ibo, oraz kontrastujące z nimi dysputy polityczne młodych idealistów, wywodzących się z tego samego plemienia, by nagle, zupełnie bez żadnego ostrzeżenia znaleźć się w samym środku straszliwej wojny domowej. Przeskok o kilka lat jest szokujący, a zaskakuje nie tylko wojna, ale i zmienione relacje i jeszcze mocniej naderwane więzi, czego powodów czytelnik nie jest w stanie zrozumieć. Autorka przeniesie nas w czasie jeszcze dwa razy, raz by wyjaśnić wszystkie wcześniejsze niedopowiedzenia, i drugi, by uświadomić ogrom ludzkiego nieszczęścia i tragedii spowodowanych wojną w tym, tak odległym dla nas europejczyków kraju.

„Świat musi poznać prawdę o tym, co tu się dzieje, bo oni po prostu nie mogą trwać w milczeniu, kiedy my umieramy.”

Ta wojna była faktem, toczyła się w latach 1967-1970 między Nigerią a Biafrą, państwem, które na mapie świata istniało niespełna trzy lata, a zaczątkiem jego powstania była rzeź dokonana przez plemię Hausa na tysiącach członków plemienia Ibo oraz wygnanie pozostałych z północnej Nigerii. Południowo-wschodni region w maju 1967 roku ogłosił niepodległość jako Republika Biafry.

Flaga Biafry

"Czerwień reprezentowała krew braci zamordowanych na Północy, czerń była znakiem żałoby po nich, zieleń oznaczała czekający Biafrę dobrobyt, wreszcie połówka żółtego słońca symbolizowała wspaniałą przyszłość."

Chimamanda Ngozi Adichie przyszła na świat zaledwie 7 lat od zakończenia konfliktu w Nigerii. Choć wiedzę na temat wojny czerpała z wielu pozycji książkowych, najcenniejsze okazały się dla niej lekcje wyniesione z opowieści najbliższej rodziny. Autentyczne i namacalne relacje osób, które przeżyły i przetrwały, by stać się inspiracją dla stworzenia fikcyjnych postaci i fikcyjnych wydarzeń w oparciu o prawdziwą historię wojny, która na równi potrafiła zjednoczyć, jak i wyzwolić najgorsze z możliwych ludzkich instynktów. I to po obydwu stronach.

Nie sposób wymazać z pamięci obrazów wojny, które wyobraźnia podsuwa nam w trakcie czytania. Obrazów mordów, gwałtów, głodu, walki o przetrwanie, rozpaczy po utracie bliskich i strachu przed tym, co może przynieść następny dzień, ba, co może przynieść następna godzina! Nie sposób wymazać i robić tego nie wolno! Bo właśnie o to prosi czytelników sama autorka i, jak śmiem twierdzić, właśnie dlatego napisała tę powieść...

"Obyśmy nigdy nie zapomnieli."

środa, 23 września 2009

Wyraźnych wspomnień z dzieciństwa mam niewiele. Gdy próbuję odkurzyć te czytelnicze, przed oczami stają mi wiersze i bajki Jana Brzechwy, baśnie braci Grimm i malutkie książeczki z serii "Poczytaj mi mamo", pełne pożółkłych stron niejednokrotnie domalowanych kolorowymi kredkami :)

A jakie są Wasze literackie inspiracje z dzieciństwa? Macie dziecięce książeczki na swoich dorosłych półkach? Czytacie je teraz swoim dzieciom? Czy może zapomniane zaginęły gdzieś w zakamarkach piwnic i strychów?

Teraz mamy jedyną i niepowtarzalną okazję odświeżyć swoje wspomnienia, a nawet przyczynić się do ponownego wydania naszej ukochanej dziecięcej książki. Wystarczy wziąć udział w zabawie "Ulubiona książka z dzieciństwa", zorganizowanej przez serwis Allegro.pl i Wydawnictwo Dwie Siostry.

Zabawa została podzielona na dwa etapy. W pierwszym proponujemy do trzech tytułów książek dla dzieci do 10 lat, które powinny zostać wydane ponownie. Uzasadnienie wyboru nie jest konieczne, ale mile widziane i przydatne, o czym przekonacie się za chwilę :) Propozycje zgłaszamy TUTAJ, do 15 października. Spośród zgłoszeń wybranych zostanie 5 propozycji, na które będziemy głosować w drugim etapie, trwającym od 30 października do 12 listopada.

Wybrana książka zostanie wydana ponownie przez Wydawnictwo Dwie Siostry w serii Mistrzowie Ilustracji.

Nagrody w postaci gadżetów Allegro są przewidziane dla osób, które wykażą się najlepszą intuicją wskazując największą ilość tytułów książek zakwalifikowanych do drugiego etapu głosowania. Nagroda główna, którą będzie ufundowana przez Wydawnictwo Dwie Siostry cała seria Mistrzowie Ilustracji, zostanie przyznana za najciekawsze uzasadnienie przedstawione w etapie pierwszym.

Głosujmy moi Drodzy! Zapraszam :)

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12