Literacko i fotograficznie. Wcześniej: w kąciku z książkami ...
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Teraz czytam:
O mnie
Ulubione blogi książkowe
Wyzwania czytelnicze:
Polecam:
(c) Copyright. Wszelkie prawa do tekstów i zdjęć zastrzeżone.
sobota, 30 stycznia 2010

Jaki był ten miniony rok? Pierwsza odpowiedź, która mi przychodzi do głowy to: dziwny. Z miodem, i sporą łyżką dziegciu... Teraz, gdy świat widzę raczej w tych ciemnych odcieniach szarości, ta łyżka wydaje się być większa niż kiedykolwiek, ale obiektywnie spoglądając na cały 2009 rok muszę przyznać, że zdarzyło się w nim również wiele, wiele dobrego.

Przede wszystkim był to rok przełamywania się, rok walki z własnymi obawami, rok przekonywania się, że mam innym coś do powiedzenia, że mam do przekazania mój punkt widzenia, który być może kogoś zainteresuje. W 2009 otwarłam się na świat, przekroczyłam granice, odważyłam się wylecieć poza nasz polski, ale co muszę zaznaczyć, jakże piękny ogródek, zmierzyć się z innymi kulturami, mentalnością i językiem. Odwiedziłam cztery państwa europejskie, podróżowałam autokarem, pociągiem i pierwszy raz w życiu wzbiłam się ponad chmury. Podziwiałam cuda natury w wielu odsłonach. Zwiedzałam miasta, podziwiałam zabytki, obserwowałam współistnienie, a czasem i walkę, nowego ze starym, tradycji z nowoczesnością. Odważyłam się wyruszyć w podróż bez przewodnika i bez planu ułożonego przez biuro podróży. Odnalazłam niesamowitą przyjemność w planowaniu i czekaniu na wyprawę. Znów na nowo przekonałam się jak cudnie jest oglądać świat przez obiektyw aparatu, a potem móc w nieskończoność cieszyć się i dzielić efektami. Aparat po raz kolejny stał się moim nieocenionym towarzyszem w podróży, chociaż sam w pojedynkę nie byłby w stanie zastąpić towarzyszy z krwi i kości. Tak więc... A.F. i K.W. z tego miejsca dziękuję Wam, i liczę, że jeszcze się zdarzy! :)

Ale wracam już do meritum, do tego, co na tej stronie liczy się najbardziej... Albowiem najważniejsze jest to, że 2009 był rokiem czytania! Był rokiem powstania tego miejsca, poznania tak wielu blogowych moli książkowych i zadomowienia się w niesamowitej społeczności, którą tworzycie! To tu w pierwszej notce ogłosiłam moje postanowienie na cały rok, które brzmiało: "Więcej Czytać! /.../ A właściwie wrócić do czytania, po dłuższym czasie, w którym nie było to możliwe." I udało się. Dziś mogę powiedzieć, że naprawdę się udało :) Po latach posuchy, w których czytałam mniej więcej pół książki na miesiąc (wstyd, wstyd, ale tak właśnie było), rok 2009 zaowocował 52 przeczytanymi pozycjami, z czego jestem niezwykle dumna! :) Co jeszcze ważniejsze, czytałam różnorodnie, zarówno pod względem form, jak i krajów pochodzenia, na co niebagatelny wpływ miało wyzwanie pod tytułem Literatura na peryferiach. W sumie przeczytałam:

  • 12 książek polskich autorów,
  • 9 autorów amerykańskich,
  • 5 angielskich,
  • 3 książki szwedzkie,
  • po 2 autorów pochodzących z Finlandii, Francji i Hiszpanii,
  • oraz po 1 z krajów takich jak: Argentyna, Australia, Belgia, Bośnia, Czechy, Egipt, Iran, Islandia, Izrael, Kolumbia, Liban, Nigeria, Peru, Rosja, Turcja i Włochy,
  • a także 1, znalezioną w bibliotece na półce z literaturą irlandzką, ale napisaną przez autora pochodzącego z Zimbabwe, a mieszkającego obecnie w Szkocji i Botswanie… do dziś nie wiem gdzie powinnam ją tak naprawdę przyporządkować ;)

Co najbardziej mi się podobało? – Większość z przeczytanych była cenna, choć każda na inny sposób. Kilka z nich wpasowało się tematyką w aktualny czas czytania, a potem zupełnie wywietrzało z głowy, kilka sprawiło czystą chwilową przyjemność i nie pozostawiło po sobie większych refleksji, i wreszcie kilka, a nawet kilkanaście, do dziś powraca w myślach i nie daje o sobie zapomnieć. I te właśnie stały się dla mnie głównymi pretendentkami do tytułu KSIĄŻKI ROKU. Zdecydować nie było łatwo, jedynie miejsca pierwszego byłam pewna od wielu miesięcy...

1. "Opowieść dla przyjaciela" – Halina Poświatowska

Jedyny możliwy wybór. Książka będąca dowodem na to, jak pięknie można pisać, jak czule traktować każde przelewane na papier słowo, jak pięknie można żyć, jak kochać życie, jak walczyć o każdą tego życia minutę. To ta książka w ubiegłym roku była w moich rękach najczęściej, to do jej rozlicznych, zaznaczonych wcześniej fragmentów wracałam przez wszystkie te miesiące. To ona pozwoliła mi odnaleźć i zobaczyć moją ukochaną poetkę z zupełnie innej strony. Proza Poświatowskiej długo czekała na moje zainteresowanie, ale na szczęście mnie znalazła i totalnie oczarowała. Zresztą, jak obserwuję, nie tylko mnie, gdyż to właśnie "Opowieść dla przyjaciela" jest najczęstszym powodem wejść na moją stronę z wyszukiwarek, i to notka o "Opowieści...", choć napisana w kwietniu, jest do dziś najczęściej czytaną. Dla mnie jedyne i niepodważalne miejsce pierwsze!

2. "Wyspa klucz" – Małgorzata Szejnert

Moje pierwsze spotkanie z reportażem, które zrodziło chęć na ciąg dalszy, na dalsze poznawanie gatunku (co między innymi chciałabym realizować w 2010). Książka przekazująca kawał historii za pomocą faktów, statystyk i rzeczowego języka, a potrafiąca zachwycić i wciągnąć bez reszty. Książka, która otwiera nam oczy na przeszłość, która wywołuje całą gamę emocji, od podziwu, po absolutne oburzenie. Pokazująca świat bez zbędnego retuszu, silna historiami ludzi, którzy są jej udziałem. Poruszająca czytelnika lektura doskonała!

3. "Wyjście z Egiptu" - André Aciman i "Pchli pałac" - Elif Şafak

Dwie powieści, które w ubiegłym roku wciągnęły mnie najmocniej. Dwie sagi, jedna rodzinna, druga... blokowa? ;) Obie pełne egzotyki, co nie dziwi, gdyż z dalekich krajów pochodzi każdy z autorów. Obie ciepłe (pierwsza dużo wyraźniej), magiczne i niezwykłe. I wreszcie, obie pełne temperamentnych bohaterów, którzy nie wahają się okazywać emocji, pełne tej niesamowitej, przyciągającej uwagę mieszanki kulturowej, pełne światów, w których opowiadane historie mają miejsce. Niezwyczajnie zachwycające i zdecydowanie godne polecenia!

 

Tak było, a jak będzie? Rok 2010 jest dla mnie nie odkrytą niespodzianką, ale wiem już, że będzie rokiem zmian, i znów rokiem przełamywania się i udowadniania sobie ile mogę, tylko tym razem na innych płaszczyznach. W kwestiach czytania ideałem byłoby utrzymać zeszłoroczny poziom, ale nie ma przymusu, czas pokaże jak będzie, planowanie na tak odległy czas byłoby przesadą. Ale zaplanuję za to na czas trochę bliższy mój udział w nowych wyzwaniach literackich. Właściwie w głowie (i na półkach) już je zaplanowałam :) Liczę bardzo, że wyzwania mnie zmobilizują i po raz kolejny pozwolą odkryć niezwykłe książki.

Tak więc... 2010 czas zacząć.

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Choć wiem, wiem, że wstyd, bo Nowy Rok mamy już prawie od miesiąca!

Akapity, z powodu mojej nieobecności w ostatnim czasie, stały się blogiem dla cierpliwych, nad czym bardzo ubolewam. Ale już najwyższy czas przestać się rozmieniać na drobne i użalać nad sobą, najwyższy czas rozpocząć 2010 rok na tych stronach.

Rok przywitałam w stolicy Czech, mieście pięknym i magicznym, ale mimo to styczeń postawił mnie przed trudnymi zdarzeniami, wobec których w najbliższych miesiącach będę zmuszona przemyśleć i przeprojektować swoje życie w kilku aspektach. Powoli się oswajam z tą myślą, nastrajam na pisanie i nadrabianie zaległości.

W międzyczasie jednak zabieram Was do Pragi, Pragi, która w ciągu kilku dni pobytu zmieniała się z jesiennej i deszczowej w śnieżnobiałą. Pragi bez zbyt wielu fajerwerków, gdyż nie o świętowanie chodziło (przynajmniej nie tylko;) ), a o zobaczenie miasta wreszcie! To było typowe do trzech razy sztuka. Za trzecim podejściem się udało :)

Oto efekty... W roli głównej Pražský hrad, Wełtawa z jej licznymi mostami, oraz widoki z zamku.

W kolejnych podróżniczo-fotograficznych odcinkach zabiorę was na praskie Stare Miasto i wzgórze Wyszehrad, a także wywiążę się ze złożonej jakiś czas temu obietnicy zdania relacji z listopadowej wyprawy po resztki słońca... Liczę na towarzystwo :)

poniedziałek, 28 grudnia 2009

Plan, jak być może niektórzy pamiętają, był ambitny. Wykonanie bynajmniej nie rozczarowuje, tyle że z pierwotnymi założeniami to ono za wiele wspólnego nie miało ;) Czytanie rozłożyło mi się dość różnorodnie. Znalazło się trochę egzotyki, ale zaglądnęłam też do europejskich państw, z których literatura, z niewiadomych przyczyn, nie trafiała w moje ręce. Cała lista prezentuje się tak:

Niestety cztery ostatnie pozycje nie doczekały się do tej pory recenzji, i zważywszy na wspomniane już ostatnio komplikacje raczej marne szanse, by zmieniło się to w tym roku... Pozostaje mi więc tylko zobowiązać się do nadrobienia zaległości w 2010 !

A następnym razem już chyba nie będę planować ;)

Padmo droga! Dzięki serdeczne za organizację! Podziwiam, że to wszystko ogarniasz ;):) I dzięki wszystkim za towarzystwo i inspiracje, które powodują, że peryferyjne wyzwanie zdaje się nie mieć końca. Ja przynajmniej ciągle mam chęć na odkrywanie kolejnych niezbadanych zakątków literackich, czego i wam życzę!


Aktualizacja z 02.02.2010: czekają już tylko trzy ;)

piątek, 25 grudnia 2009

"Pusty rynek. Nad dachami.
Gwiazda. Świeci każdy dom.
W zamyśleniu, uliczkami,
Idę, tuląc świętość świąt."

/"Boże Narodzenie" Joseph Von Eichendorff/

Pięknych Świąt Wam życzę! Świąt ciepłych obecnością najbliższych, wypełnionych radością ale i odrobiną nostalgii. Życzę spokoju i wytchnienia od codziennych spraw oraz wielu, wielu tych wyczekanych chwil z kubkiem gorącej herbaty i wymarzoną lekturą! Świętujcie Kochani!

Korzystając z okazji dziękuję serdecznie wszystkim, którzy zaglądają tutaj mimo mojej nieobecności. Dziękuję i przepraszam za nadużywanie waszej cierpliwości! Tym razem jednak nie mogę obiecać niezwłocznej poprawy... choć chciałabym tak bardzo i po cichu liczę, że świąteczny oddech pozwoli nadrobić kilka zaległości. Jest powód, dla którego mnie nie ma, powód, który kazał włączyć oszczędniejszy tryb życia, który kazał zatroszczyć się o moje oczy... Nie czytam już zdecydowanie za długo, tęsknię i niecierpliwię się okrutnie, i smętnym wzrokiem omiatam regały... Nie dziś i raczej nie jutro, ale znajdę sposób, ułożę nowy plan na czytanie i wrócę do was! Jeśli możecie, trzymajcie kciuki...

Tymczasem pod moją maleńką choinką ustawiam książki "spełnione marzenia". Pieczołowicie zbierany komplet Jane Austen oraz sprezentowany sobie świątecznie komplet Charlotte Brontë. Książki na przyszłość, na chwile gdy zachce się do nich wrócić i gdy zachce się powspominać. Na regale wyglądają równie pięknie jak pod choinką :)

sobota, 21 listopada 2009

Miał się pojawić w zeszłym tygodniu, ale nie zdążył był, bo mój czas zaprzątnięty pakowaniem przeciekał przez palce. Ciemną nocą z 11 na 12 listopada razem z walizką zniknęłam na tydzień, zwyczajnie odleciałam... w inny czas, inny wymiar, inną rzeczywistość ;) Bójcie się bójcie, i tak wam opowiem, nic was nie uchroni ;)

Tymczasem nasz dzisiejszy bohater... Klikając na zdjęcie można powiększyć. Na powiększeniu stosik w ujęciu pionowym wydaje się, co zadziwiające, sporo większy ;)

Nazbierało się tego niemało ponownie :] Tłumaczę sobie, że ostatni stosik był w sierpniu i jak podzielić na trzy to nie wychodzę na aż tak bardzo zachłanną ;) Inna sprawa, że ilość nowo pojawiających się książek ciągle przewyższa ilość tych czytanych... Ale tak przyjemnie patrzeć na nieograniczoność zapasów na półkach :)

Inspiracje przeróżne. Kilka nowości wydawniczych, kilka powodowanych wpisami w zaprzyjaźnionych miejscach, i nie mało za przyczyną poszukiwań pod tytułem "Literatura na peryferiach". Nie, nie zamierzam tego wszystkiego przeczytać w ciągu ostatniego miesiąca trwania wyznania (tym bardziej, że plan zamierzony ciągle przede mną, bo podróże odbywam jakoś dziwnie poza nim... ), ale umieszczenie przeczytanych na mapce literackiej spowodowało odkrycie wielu nieznanych terytoriów, niektórych zupełnie dla mnie niezrozumiałych i sprowokowało do uzupełnienia. Ale od początku...

  1. Richard Yates "Wielkanocna parada" – ten zakup to niewątpliwie efekt zachwytów nad przeczytaną wcześniej "Drogą do szczęścia".
  2. Jodi Picoult "Bez mojej zgody" – skusiłam się powodowana premierą filmu, na razie i jedno i drugie przede mną.
  3. Rina Frank "Każdy dom potrzebuje balkonu" – nowość z cudną okładką. Już przeczytana i opisana tutaj.
  4. Susan Fletcher "Ostrygojady" – po lekturze "Eve Green" nie miałam innego wyjścia, musiałam zakupić!
  5. Angela Carter "Mądre dzieci" – strasznie mnie zaciekawiła ta pozycja, Angelę Carter zresztą też chciałam poznać. Autorka najbardziej kojarzy mi się z Lilithin :) I chociaż recenzji "Mądrych dzieci" u niej nie znajdziecie, to warto zerknąć na pozostałe.
  6. Eduardo Mendoza "Przygoda fryzjera damskiego"
  7. Eduardo Mendoza "Sekret hiszpańskiej pensjonarki"
  8. Eduardo Mendoza "Oliwkowy labirynt" – trylogia Mendozy, mimo zachwalania w wielu miejscach zupełnie mnie nie kusiła. Okładki odstraszały dodatkowo. Ale uległam dzięki promocji Znaku, zakupiłam całość i nie omieszkam sprawdzić ;)
  9. Rabih Alameddine "Hakawati. Mistrz opowieści" – tu dopiero było kuszenie, i okładką i bajkową zawartością! Niestety czyta się w okładce czerwonej... bo obwoluta zbyt delikatna i podatna na uszkodzenia, ale zawartość... :))) Byłam zmuszona przerwać czytanie przez pewne zobowiązanie, którego efekt to ostatnia recenzja na blogu, a potem przez wyjazd, ale już niedługo dokończę i zdam relację!
  10. Isabel Allende "Dom duchów" – bo już od dawna chciałam, a dodatkowo bo Chile.
  11. Mia Couto "Taras z uroczynem" – powód główny: recenzja Jarka, powód dodatkowy: egzotyka kraju pochodzenia autora.
  12. Han Shaogong "Słownik Maqiao" – bo nie wiem jak to się stało, ale z Chin nic nie czytałam, a teraz już coś mam, by to zmienić.
  13. Gail Tsukiyama "Ulica Tysiąca Kwiatów" – robota okładki! A potem zaciekawienie wywołane recenzjami: na tak: Clevery, i dla kontrastu: na nie w wykonaniu Germini.
  14. John Maxwell Coetzee "Powolny człowiek" – bo w RPA też jeszcze nie byłam, ale to nie jedyny powód.
  15. Sarah-Kate Lynch "Dom córek" – hmm, i tu mam problem. Co prawda nieznana Nowa Zelandia, liczyłam też na coś lekkiego na deser, ale po recenzji Młodej Pisarki opadły mi skrzydełka... No nic, zobaczymy.
  16. Evelyn Waugh "Powrót do Brideshead" – bo film, bo tamte czasy i generalnie jakiś wewnętrzny przymus posiadania ;)
  17. Stefania Grodzieńska "Nie ma z czego się śmiać" - a ja właśnie mam nadzieję, że uśmiechów tu będzie nie mało :)
  18. Edwidge Danticat "Oddech, oczy, pamięć" – zabijcie mnie, nie pamiętam gdzie przeczytałam o tej książce, ale wiem, że postanowiłam zdecydowanie ją zdobyć. No i mam!
  19. Selma Lønning Aarø "Lewą ręką przez prawe ramię" – bo znów nie wiem jak to się stało, ale szukam i szukam i Norwegii w swoich lekturach nie znajduję... Finlandię i Szwecję jak najbardziej, Norwegii brak. Już nie. Dodatkowa zachęta to recenzja Annie.
  20. Toni Morrison "Odruch serca" – ciekawość powieści autorki. Wybrałam najnowszą, która pojawiła się na naszym rynku.
  21. Maggie O'Farrell "Zniknięcia Esme Lennox" – robota Aerien! Znaczy się oczywiście kolejnej magicznej recenzji w jej wykonaniu :)

 

 Uff... ale się rozpisałam! Ciekawe kto to przeczyta... ;)

 

czwartek, 19 listopada 2009

Uprzejmie donoszę, że akcja "Ulubiona książka z dzieciństwa", zorganizowana przez serwis Allegro.pl i Wydawnictwo Dwie Siostry, wkroczyła w oczekiwany II etap.

Przedstawiciele Wydawnictwa Dwie Siostry wybrali następujące pozycje, które mogą zostać wydane ponownie w serii Mistrzowie Ilustracji:

  1. CZARODZIEJSKI MŁYN Jerzego i Aliny Afanasjewów z ilustracjami Teresy Wilbik
  2. RAZ CZTEREJ MĘDRCY Antoniego Marianowicza z ilustracjami Janusza Stannego
  3. PROSZĘ SŁONIA Ludwika Jerzego Kerna z ilustracjami Zbigniewa Rychlickiego
  4. APOLEJKA I JEJ OSIOŁEK Marii Kruger z ilustracjami Zdzisława Witwickiego
  5. PCHŁA SZACHRAJKA Jana Brzechwy z ilustracjami Ireny Kuczborskiej

Wydany zostanie tytuł, który otrzyma największą liczbę głosów. Wszyscy chętni przyłożenia swojej ręki do decyzji mogą to uczynić TUTAJ do 29 listopada.

 

PS. Ja tam jestem za "Pchłą szachrajką" :) Na samą myśl staje mi przed oczami moja przyjaciółka od czasów dzieciństwa jako dorosła już osoba, recytująca z głowy spore "Pchły..." fragmenty :) Czysta rewelacja! Aniu, pozdrowienia gorące z tego miejsca! Jak się zobaczymy poproszę Cię o bajkę... :)

środa, 11 listopada 2009

7 kolorów tęczy - Monika Sawicka

Nabrałam się! O jakżeż okrutnie się nabrałam!

Ta okładka to optymizm w najczystszej postaci, z ogromnym ładunkiem nadziei – tak zawsze myślałam mijając książkę na półkach rozlicznych księgarni. Dlatego też z ochotą przyjęłam propozycję przesłania egzemplarza recenzenckiego przez Wydawnictwo Magia Słów.

A potem nadzieja prysła jak bańka mydlana po kilku przeczytanych stronach. Niepokój za to towarzyszył mi już od pierwszych zdań autorki.

Nie rozumiem zupełnie powodów dla jakich powstała ta książka! Nie rozumiem potrzeby autorki do nieustannego podpierania się cudzymi tekstami. Paulo Coelho, Wiliam Wharton i poradniki w stylu dlaczego mężczyźni to, a kobiety tamto, królują na tych stronach, przeżywają swoje drugie życie. Szkoda, gdyż sama Sawicka w miejscach bez cytatów pisze całkiem sprawnie i płynnie (niewiele to, ale dobre chociaż tyle). Niestety takich fragmentów jest w książce jak na lekarstwo, przy czym napełniają też niesmakiem za przyczyną użytych sformułowań w stylu: "rozglutowanych smarków na policzku", czy: "Generalnie dość istotne jest dla mnie, kto rezyduje w mojej pochwie".

Niesmaczne jest też naśladownictwo, ewidentne nawiązania do prozy J. L. Wiśniewskiego, widoczne chociażby w zastosowaniu korespondencji jako środka komunikacji między dwójką bohaterów oraz odwoływania się do takich dziedzin nauki jak chemia i fizyka. Tyle że w tym wypadku odwołania są wyjątkowo nienaturalne. Powiedzcie sami, czy znacie dziewczyny, które w przymierzalni raczą się wykładami na temat chemii, w tym wypadku tej łączącej się ściśle z miłością, i na temat hormonów, używając fachowych określeń i popierając naukowymi przykładami? Słyszeliście kiedykolwiek rozmowę przyjaciółek podobną to tej:

"Czy ty masz, Ewuniu pojęcie, że nawet kształty płatków śniegu nie są dziełem przypadku, lecz są każdorazowo zaprogramowane z góry przez ingenezę i następnie ukształtowane dzięki celowemu wykorzystaniu praw fizyki obowiązujących na poziomie kwantowym i wyżej?"

Ja na całe szczęście nie mam nikogo takiego w swoim otoczeniu.

Sawicka nie pozostaje na chemii i fizyce, idzie dalej. Bombarduje czytelnika wywodami na temat przeznaczenia, karmy, afirmacji, kreowania rzeczywistości przez myśl, przyciągania szczęścia, feromonach czy zdolnościach parapsychicznych. Wiedzę na te tematy czerpie z rozlicznych stron internetowych, z których wiele to ściągi i opracowania (!), a podaje nam ustami swoich bohaterów, których losów i poplątanych perypetii Wam oszczędzę.

Czuję się oszukana. Wzięłam do ręki coś co miało być powieścią, a otrzymałam jedynie masę porad i przekonań, którymi kieruje się autorka. Gdybym chciała poczytać Coelho czy Whartona po prostu bym to zrobiła. Gdybym czuła potrzebę podparcia się poradnikiem w jakiejś kwestii, wybrałabym konkretny adekwatny do danej sytuacji. Ten zestaw uniwersalny zupełnie mnie nie przekonuje. Być może dla pani Moniki napisanie tej książki miało być przysłowiowym lekiem na całe zło, sposobem na odnowienie wiary w siebie i w swoją siłę. Ale mnie osobiście, zamknięta już lektura odbija się jedynie czkawką i kojarzy się ze zmarnowanym czasem. "7 kolorów tęczy" skutecznie zniechęciło mnie do kontynuowania znajomości z Moniką Sawicką. Zdecydowanie najgorsza książka po jaką zdarzyło mi się sięgnąć w tym roku. Niestety.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12