Ostatnie notki
Zakładki:
Teraz czytam:
O mnie
Ulubione blogi książkowe
Wyzwania czytelnicze:
Polecam:
(c) Copyright. Wszelkie prawa do tekstów i zdjęć zastrzeżone.
|
czwartek, 19 listopada 2009
Uprzejmie donoszę, że akcja "Ulubiona książka z dzieciństwa", zorganizowana przez serwis Allegro.pl i Wydawnictwo Dwie Siostry, wkroczyła w oczekiwany II etap. Przedstawiciele Wydawnictwa Dwie Siostry wybrali następujące pozycje, które mogą zostać wydane ponownie w serii Mistrzowie Ilustracji:
Wydany zostanie tytuł, który otrzyma największą liczbę głosów. Wszyscy chętni przyłożenia swojej ręki do decyzji mogą to uczynić TUTAJ do 29 listopada.
PS. Ja tam jestem za "Pchłą szachrajką" :) Na samą myśl staje mi przed oczami moja przyjaciółka od czasów dzieciństwa jako dorosła już osoba, recytująca z głowy spore "Pchły..." fragmenty :) Czysta rewelacja! Aniu, pozdrowienia gorące z tego miejsca! Jak się zobaczymy poproszę Cię o bajkę... :)
środa, 11 listopada 2009
Nabrałam się! O jakżeż okrutnie się nabrałam! Ta okładka to optymizm w najczystszej postaci, z ogromnym ładunkiem nadziei – tak zawsze myślałam mijając książkę na półkach rozlicznych księgarni. Dlatego też z ochotą przyjęłam propozycję przesłania egzemplarza recenzenckiego przez Wydawnictwo Magia Słów. A potem nadzieja prysła jak bańka mydlana po kilku przeczytanych stronach. Niepokój za to towarzyszył mi już od pierwszych zdań autorki. Nie rozumiem zupełnie powodów dla jakich powstała ta książka! Nie rozumiem potrzeby autorki do nieustannego podpierania się cudzymi tekstami. Paulo Coelho, Wiliam Wharton i poradniki w stylu dlaczego mężczyźni to, a kobiety tamto, królują na tych stronach, przeżywają swoje drugie życie. Szkoda, gdyż sama Sawicka w miejscach bez cytatów pisze całkiem sprawnie i płynnie (niewiele to, ale dobre chociaż tyle). Niestety takich fragmentów jest w książce jak na lekarstwo, przy czym napełniają też niesmakiem za przyczyną użytych sformułowań w stylu: "rozglutowanych smarków na policzku", czy: "Generalnie dość istotne jest dla mnie, kto rezyduje w mojej pochwie". Niesmaczne jest też naśladownictwo, ewidentne nawiązania do prozy J. L. Wiśniewskiego, widoczne chociażby w zastosowaniu korespondencji jako środka komunikacji między dwójką bohaterów oraz odwoływania się do takich dziedzin nauki jak chemia i fizyka. Tyle że w tym wypadku odwołania są wyjątkowo nienaturalne. Powiedzcie sami, czy znacie dziewczyny, które w przymierzalni raczą się wykładami na temat chemii, w tym wypadku tej łączącej się ściśle z miłością, i na temat hormonów, używając fachowych określeń i popierając naukowymi przykładami? Słyszeliście kiedykolwiek rozmowę przyjaciółek podobną to tej: "Czy ty masz, Ewuniu pojęcie, że nawet kształty płatków śniegu nie są dziełem przypadku, lecz są każdorazowo zaprogramowane z góry przez ingenezę i następnie ukształtowane dzięki celowemu wykorzystaniu praw fizyki obowiązujących na poziomie kwantowym i wyżej?" Ja na całe szczęście nie mam nikogo takiego w swoim otoczeniu. Sawicka nie pozostaje na chemii i fizyce, idzie dalej. Bombarduje czytelnika wywodami na temat przeznaczenia, karmy, afirmacji, kreowania rzeczywistości przez myśl, przyciągania szczęścia, feromonach czy zdolnościach parapsychicznych. Wiedzę na te tematy czerpie z rozlicznych stron internetowych, z których wiele to ściągi i opracowania (!), a podaje nam ustami swoich bohaterów, których losów i poplątanych perypetii Wam oszczędzę. Czuję się oszukana. Wzięłam do ręki coś co miało być powieścią, a otrzymałam jedynie masę porad i przekonań, którymi kieruje się autorka. Gdybym chciała poczytać Coelho czy Whartona po prostu bym to zrobiła. Gdybym czuła potrzebę podparcia się poradnikiem w jakiejś kwestii, wybrałabym konkretny adekwatny do danej sytuacji. Ten zestaw uniwersalny zupełnie mnie nie przekonuje. Być może dla pani Moniki napisanie tej książki miało być przysłowiowym lekiem na całe zło, sposobem na odnowienie wiary w siebie i w swoją siłę. Ale mnie osobiście, zamknięta już lektura odbija się jedynie czkawką i kojarzy się ze zmarnowanym czasem. "7 kolorów tęczy" skutecznie zniechęciło mnie do kontynuowania znajomości z Moniką Sawicką. Zdecydowanie najgorsza książka po jaką zdarzyło mi się sięgnąć w tym roku. Niestety.
niedziela, 08 listopada 2009
Michal Viewegh, Halina Pawlowská, Petr Šabach, Iva Pekárková, Eva Hauserová, Daniela Fischerová, Irena Dousková, Věra Nosková i Ivan Klíma stworzyli rzecz, której lektura zajmuje niewiele ponad godzinę, ale w tym krótkim czasie zdąża nas zaskoczyć, zastanowić i przyprawić o zdumienie. "O kobietach... Czeskie opowieści" są niczym podwieczorek, lub przystawka przed głównym daniem, która wywołuje apetyt na więcej. To bajki z morałem w wydaniu dla dorosłych. Jak nietrudno się domyślić bohaterkami są kobiety, chociaż i męski punkt widzenia możemy dostrzec. Nie dopatrzyłam się czeskości – ale jak wspomniałam na początku, brak mi wiedzy na temat, więc bardzo możliwe, że z tego powodu nic nie wychwyciłam. Według mnie króluje tu kobiecość w ogólnym wydaniu, a właściwie w stereotypach na temat. Kobiety z opowiadań są bowiem emocjonalne i pełne pasji, ale cechuje je także złośliwość, zazdrość i mściwość. Całość okraszona sporą dawką ironii pokazuje, że czasem najskrzętniej ukrywane tajemnice, są doskonale znane tym, przed którymi je chowamy; że często warto zaufać swoim przeczuciom; że nie warto zawsze rozstawać się z ludźmi zbyt łatwo, a kogoś zagrażającego naszemu szczęściu można unieszkodliwić sposobem (przerażającym sposobem zresztą!). Naprawdę fajna rzecz. Ciekawe, proste, krótkie formy czyta się nie przewidując końca. Puenta zawsze zaskakuje i zostawia czytelnika z nieomal wypowiedzianym na głos Aha! lub Upss... I ja zrobię tak samo ... ;)
czwartek, 05 listopada 2009
Powieść jest napisana dość specyficznie. Każdy z kilkunastu rozdziałów podzielony jest na dwa plany czasowe, pierwszy związany z dzieciństwem Riny, tudzież z historią jej rodziców, i drugi, w którym nasza bohaterka mierzy się już z dorosłymi problemami. Pierwszej części nie można odmówić magii. Przede wszystkim magii Hajfy, ze spacerami "wśród mozaiki kolorów i grup etnicznych, prawdziwej wieży Babel, gdzie mówiono po arabsku, rumuńsku, w jidysz, po polsku, turecku, a zwłaszcza po marokańsku. Wszyscy się tu znali i mieli taki sam cel, mimo że pochodzili z czterech stron świata." To dla Hajfy właśnie rodzice bohaterki opuścili Rumunię, i tu przyszło im w skromnych warunkach wychowywać córki. Dzieciństwo Riny i Seffi, mimo trudności, pełne jest ciepła i nostalgicznych wspomnień. Wspomnień wieczornych opowieści ojca, piątkowych gier w rummy w co raz to innym domu, miłości do kina przekazanej przez rodziców i uwielbienia dla omletów, które były cudowną odmianą od codziennej, znienawidzonej mamałygi. Pełne również bliskich relacji siostrzanych, czasem nacechowanych konkurencją, ale również dumą i wzorowaniem się oraz wspólnie spędzanym czasem i fantazjowaniem.
Drugi plan czasowy rozczarowuje, i chociaż głupio to mówić, dorosła historia trąci banałem, aż ciśnie się na usta: "ale to już było"... Już było o Kopciuszkach awansujących z biedy na salony, nie umiejących się znaleźć w nowych warunkach. Już było o miłości od pierwszego wejrzenia i nagłych zwrotach w postaci choroby i problemów małżeńskich. Nic tu nowego i opowiedziane jakby bardziej płasko, lekkim ślizgiem po powierzchni. Humor zmieniał mi się przy czytaniu, gdy napotykałam w tekście pojedynczą gwiazdkę (o taką: * ) sugerującą, że oto za chwilę znajdę się po dorosłej stronie. I niejednokrotnie zdarzało mi się sprawdzać ilość stron, które dzielą mnie od nowego rozdziału i powrotu do dzieciństwa autorki, tak nie mogłam się go doczekać. Powiązania między planami są widoczne (w przeciwieństwie nawiązań do tytułu, na które liczyłam), ale moim skromnym zdaniem z korzyścią dla powieści byłoby skupienie się na planie pierwszym i rozwinięcie go. Miejsce debiutu literackiego Riny Frank wśród międzynarodowych bestsellerów może sugerować jednak, że moja opinia jest odosobniona... Nie macie więc wyjścia – musicie przekonać się sami.
poniedziałek, 02 listopada 2009
Cała ja, pogoda za oknami jak marzenie, chłodek co prawda, ale to słońce i kolory, ech... a mnie aż żal patrzeć, gdy za jedynych przyjaciół mam łóżko, koc, termos z herbatą z malinami, karton chusteczek i tonę lekarstw :] No dobra, jeszcze pilota do telewizora, bo książkę już rzadziej, gdy oczy trzymają się jako tako na zapałkach. Dziś poprawiałam sobie humor zaczytując się statystykami, więc się z wami podzielę, bo być egoistką nie wypada! Oto osobliwe, kręte ścieżki wyszukiwarek, które prowadzą ludzików na strony mojego bloga... Pisownia oryginalna ma się rozumieć ;) Z cyklu "problemy (nie)codzienne":
Z cyklu "w wolnym czasie":
Z cyklu "filozoficzno - egzystencjonalne":
Z cyklu "ech, ta miłość...":
Z cyklu: "okołoksiążkowe":
Z cyklu "okazjonalne":
I ostatnia szóstka z cyklu: "niezakwalifikowane, bo zupełnie niezrozumiałe" - chociaż w sumie nie miej niż większość poprzednich, prawda? ;)
Uściski :)
niedziela, 25 października 2009
Prowadzenie bloga zmusza mnie do myślenia i ciągłej mobilizacji, a także rozwija. I chociaż zdaję sobie sprawę, że moja lista przeczytanych blednie przy listach tak wielu z Was, to jednak dumna jestem strasznie, gdy porównuję swoje czytelnictwo dziś, do lat ubiegłych – może gdzieś w podsumowaniach roku przyznam się Wam jak marnie było! Udało mi się też odrobinę (choć niedaleko) odejść od czytania tylko powieści. Wróciłam z chęcią do kryminałów, sięgnęłam po opowiadania, wspomnienia i książki o podróżach, z daleka za to trzymając się reportaży, okrążając je przysłowiowym szerokim łukiem, zupełnie nie wiem dlaczego?! Błąd! Błąd! Błąd! Na "Wyspę klucz" natknęłam się w bibliotece, wyróżniała się na półce z nowościami piękną okładką i formatem. Recenzje na blogach wzbudziły zainteresowanie, jednak bez całkowitego przekonania, że to coś dla mnie. Z pewną taką nieśmiałością, mając w pamięci sześć gwiazdek dla książki od Zosik, postanowiłam zabrać ją do domu. Na całe szczęście nie tylko zabrałam, ale i przeczytałam. A właściwszym słowem tak naprawdę byłoby: pochłonęłam! Genialna rzecz! Nie jestem obiektywna, nie mam żadnego porównania, ale to co stworzyła Małgorzata Szejnert podobało mi się szalenie! Nie przypuszczałam, że posługując się faktami i rzeczowym językiem można stworzyć tak interesującą i wciągającą lekturę! Wyspa Mew, Wyspa Ostryg, Wyspa Szubienicy, zamieszkana początkowo przez Indian Lenni Lenape, uzyskuje ostatecznie swoją nazwę od pierwszego właściciela Samuela Ellisa, by stać się "wyspą kluczem" do lepszego świata, swoistej "ziemi obiecanej" dla milionów imigrantów. Miałam jakieś pojęcie czym w historii była Wyspa Ellis, wiedziałam, że była przystankiem na drodze do wyśnionej Ameryki, miejscem weryfikacji, spełnieniem oczekiwań lub ich kompletnym zawodem. Ale zupełnie nie uświadamiałam sobie skali tego procesu. Dopiero ten reportaż otworzył mi oczy.
Tak wyglądają końcowe statystyki, ale "Wyspa klucz", choć nie jest i nie może być od ich wolna, jest przede wszystkim reportażem o miejscu, odbudowywanym i rozbudowywanym, dostosowywanym na miarę kolejnych potrzeb, i reportażem o ludziach, którzy przez lata mieli z nią styczność. Właśnie ludzie są największą siłą tej historii, to ich losy zmiękczają suchość przekazu i pokazują całość od środka. Obserwujemy kolejnych komisarzy stacji, matrony, opiekunów, lekarzy i wielu innych pracowników, często też ich przeszłość, priorytety, ambicje i wreszcie poczynania. Obserwujemy i imigrantów, nieliczne na tle milionów ale ważne jednostki, z ich strachem, obawami, poświęceniem, postawieniem wszystkiego na jedną kartę, a wszystko z powodu nadziei i wiary w nowe, lepsze jutro. Oburzają nas zmieniające się procedury i metody weryfikacji imigrantów, coraz większe wymagania, które należy spełnić, by drzwi do lepszego świata stanęły otworem, a także luki, którymi obciążony jest system, stające się pożywką dla oszustów. Odkrywamy też z pewną, choć bolesną satysfakcją, jak amerykanom otwierają się oczy na świat daleko za oceanem, od którego uciekają ludzie, jak na przykład pułkownikowi Weberowi po podróży do Rosji:
Ameryka nie była bezradna, do tego samego wniosku doszedł też John B. Weber. Ameryka miała odegrać ważną rolę na drodze do wolności, miała stać się nowym domem dla milionów ludzi i tym samym miała stać się matką ludów. Zasadnym staje się więc powtórzenie za Cyrilem Jamesem, pisarzem z Trynidadu, którego cytuje autorka:
Doskonała lektura! Po stokroć polecam!
sobota, 24 października 2009
Ach, moi drodzy, to była droga przez mękę ;)
Miło mi ogłosić, że "Radio Yokohama" wybiera się w podróż do kultur-alnie! Wyszło na to, że ostatni będą pierwszymi ;) Dziękuję wszystkim uczestnikom, a zwyciężczyni serdecznie gratuluję (Rosa też :) i proszę o przesłanie namiarów do wysyłki na adres: net.a.a@gazeta.pl. Pozdrowienia! | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||